03.10.09

Quae vetera nunc sunt

Opublikowany w Historia @ 12:39 pm - autor: iulius

niedziela, 22 lutego 2009
Quae vetera nunc sunt
Ciekawostka historyczna – film z czasów, gdy Stany Zjednoczone Ameryki były krajem kapitalistycznym:

02.18.09

Parvum addas parvo

Opublikowany w Posnania @ 8:10 pm - autor: iulius

środa, 18 lutego 2009
Parvum addas parvo
Socjaliści to ciekawe stworzenia. Obojętnie jak dobrze by nie chcieli, jak bardzo by się nie starali, praktycznie zawsze zrobią coś głupiego.

Ot, exemplum dzisiejsze: Gazeta Wyborcza apeluje do poznańskich “przedsiębiorstw i urzędów”, by oddawały stare komputery dzieciom. Nie “biednym” czy “ubogim” dzieciom. Nawet nie dzieciom “z rodzin patologicznych”. Z artykułu dowiadujemy się, że beneficjentami akcji mają być dzieci, które nie mają w domu komputerów, którym grozi cyfrowe wykluczenie, które komputery znają tylko z lekcji informatyki.

Wykluczenie to świetna rzecz dla takiego socjalisty. Przyjmując odpowiedni punkt widzenia, o każdym można powiedzieć, że jest wykluczony, dzięki czemu można z jego wykluczeniem walczyć. Tu mamy wykluczonych cyfrowo. Niemało jest na świecie wykluczonych ekonomicznie. A były już głosy, że państwo powinno fundować usługi prostytutek inwalidom, gdyż są wykluczeni seksualnie.

Ach, czyżbym poszedł za daleko? Dlaczego wspominam o państwie, przecież tu tylko o dobroczynność chodzi, nie o żadne zasiłki! Przecież tą razą socjaliści proszą o dobrowolne darowizny, zatem niewątpliwie chcą dobrze!

Popatrzmy więc, skąd ma przyjść ratunek dla wykluczonych cyfrowo:

- Chcemy oddać w dobre ręce około 150 całkowicie sprawnych, siedmioletnich komputerów z klawiaturami i monitorami – mówi Włodzimierz Groblewski, rzecznik biura kształtowania relacji społecznych poznańskiego Urzędu Miasta.

Jakiż miły ten pan Włodzimierz, jaki uczynny! Odda w dobre ręce półtora setki sprawnych maszyn – no wuchtę po prostu! Chociaż moment, jak to odda? To jego komputery są? No nie bardzo. One są moje. I Twoje. Nasze. I jakoś niezbyt mi to pasuje, że jakiś pan Włodzimierz teraz je odda wykluczonym. Bo może on ich już dla swoich Bardzo Ważnych Zajęć w kluczowym dla istnienia miasta biurze kształtowania relacyj społecznych nie potrzebuje, ale to jeszcze nie znaczy, że jedynymi potencjalnymi użytkownikami tego sprzętu są wykluczeni, których wybrała Gazeta.

Ja, coby daleko nie szukać, chętnie kupiłbym używany monitor i klawiaturę, gdyby ktoś mi je zaoferował po dobrej cenie. Niejednego też znam miłośnika dłubania w hardłerze, który z przyjemnością wziąłby takiego komputra na części zamienne. A pewnie znalazłby się i jakiś emeryt, szukający taniego narzędzia kontaktu z mieszkającymi daleko wnukami.

Jak więc zdecydować, kto ma dostać zbędne komputery z urzędu? Kto jest władny wybrać między emerytem a dzieckiem ze świetlicy? Pan redaktor z Wyborczej do spółki z panem Włodzimierzem z urzędu najwyraźniej sądzą, że właśnie oni. Pozwalam sobie nie podzielać tej opinii. Jeśli władza publiczna ma zbędny majątek, obojętnie – komputer czy fabrykę samochodów, procedura pozbywania się go zawsze powinna być taka sama: licytacja. Prosta, otwarta dla wszystkich na równych zasadach. Niech rynek zdecyduje, kto i za ile co dostanie.

Na takie rozwiązanie socjalista zgodzić się nie może. Jak by wówczas zmusił ludzi, by kierowali majątek tam, gdzie on akurat uważa za stosowne?

Vectigalia nervi sunt rei publicae

Opublikowany w Polonia @ 8:10 pm - autor: iulius

czwartek, 29 stycznia 2009
Vectigalia nervi sunt rei publicae
Wszyscy wiemy, że wydatki państwa i podatki trzeba obniżyć. To jednak dość ogólne stwierdzenie, zaś wiedza o tym, co i o ile obniżać, dla praktycznych celów politycznych musiałaby być dość dokładna. Pomóżmy zatem naszemu kochanemu rządowi i przyjrzyjmy się ustawie budżetowej na rok 2009. Co można w niej zmienić?

Zacznijmy od planowanych rozchodów.
Wszystkie dane za stroną ministerstwa finansów, w tysiącach złotych.

Wydatki socjalistyczne, z całą pewnością zbędne, a wynikające z istnienia państwowego systemu redystrybucji:
Pomoc społeczna 12 620 854
Pozostałe zadania w zakresie polityki społecznej 2 776 696
Razem: 15 397 550

Wydatki etatystyczne, z całą pewnością zbędne, a wynikające z prowadzenia przez państwo działalności, którą powinny zajmować się przedsiębiorstwa prywatne:
Rolnictwo i łowiectwo 12 060 529
Rybołówstwo i rybactwo 122 026 (wiedzieliście-li, że istnieje takie słowo jak “rybactwo”? pouczająca lektura)
Górnictwo i kopalnictwo 443 720 (znów, dowiadujemy się, że jest coś takiego jak kopalnictwo i nie jest to ono tożsame z górnictwem; fascynujące!)
Przetwórstwo przemysłowe 1 499 274
Handel 898 522
Turystyka 45 331
Gospodarka mieszkaniowa 1 473 052
Działalność usługowa 738 550
Hotele i restauracje 22 000
Informatyka 200 663
Kultura fizyczna i sport 289 430
Razem: 17 793 097

Całkowicie zbędne razem: 33 190 647

Wydatki w zasadzie należące do dwóch powyższych kategoryj, dla których jednak można znaleźć jakieś uzasadnienie:
Transport i łączność 14 477 455
Nauka 4 551 604
Oświata i wychowanie 1 471 825
Szkolnictwo wyższe 11 447 325
Edukacyjna opieka wychowawcza 252 075
Razem: 32 200 284

Wydatki administracyjne, w jakimś zakresie konieczne, lecz dające się zapewne bez negatywnych skutków dla społeczeństwa obciąć o jakieś 90%:
Administracja publiczna 10 738 779
Urzędy naczelnych organów władzy państwowej, kontroli i ochrony prawa oraz sądownictwa 1 919 275
Razem: 12 658 054

Częściowo zbędne razem: 44 858 338

“Ubezpieczenia” socjalne i “bezpłatna” służba zdrowia – kategoria osobna, bo system emerytalny i zdrowotny są częściowo niezależne od budżetu i trudno rozważać tylko ich fragment:
Obowiązkowe ubezpieczenia społeczne 64 642 138
Ochrona zdrowia 4 620 237
Razem: 69 262 375

Dług publiczny i wydatki niezidentyfikowane:
Obsługa długu publicznego 32 740 856
Różne rozliczenia 96 263 537 (najwyższa pozycja w całym zestawieniu; ktoś coś mówił o przejrzystości?)
Dochody od osób prawnych, od osób fizycznych i od innych jednostek nieposiadających osobowości prawnej oraz wydatki związane z ich poborem 316 000
Razem: 129 320 393

Pomijane w dalszych obliczeniach razem: 198 582 768

Wydatki prawdopodobnie konieczne, tj. na bezpieczeństwo, sądownictwo oraz ochronę środowiska i dziedzictwa:
Gospodarka komunalna i ochrona środowiska 586 099
Kultura i ochrona dziedzictwa narodowego 1 601 946
Ogrody botaniczne i zoologiczne oraz naturalne obszary i obiekty chronionej przyrody 103 448
Bezpieczeństwo publiczne i ochrona przeciwpożarowa 14 173 301
Wymiar sprawiedliwości 9 839 247
Obrona narodowa 18 256 786
Leśnictwo 28 532
Razem: 43 090 861

Suma wydatków: 321 221 112

Wiemy już, ile i na co państwo wydaje. A ile zarabia?

Dochody podatkowe i niepodatkowe 269 433 341
1. Dochody podatkowe 251 434 200
1.1. Podatki pośrednie 178 064 000
Podatek od towarów i usług 118 590 000
Podatek akcyzowy 58 110 000
Podatek od gier 1 364 000
1.2. Podatek dochodowy od osób prawnych 33 120 000
1.3. Podatek dochodowy od osób fizycznych 40 250 000
1.4. Podatek tonażowy 200
2. Dochody niepodatkowe 17 999 141
2.1. Dywidendy 3 351 100
2.2. Cło 2 032 000 (zauważmy, że według ministerstwa finansów cło nie jest podatkiem! urzędnikom najwyraźniej wydaje się, że to dobrowolne datki handlarzy składane z miłości ku państwu)
2.3. Dochody jednostek budżetowych 9 022 517
2.4. Pozostałe dochody niepodatkowe 785 000
2.5. Wpłaty jednostek samorządu terytorialnego 2 702 037
2.6. Dochody zagraniczne 106 487

Środki z Unii Europejskiej i z innych źródeł niepodlegające zwrotowi 33 601 464

Deficyt budżetowy : 18 186 307 (jakby ktoś nie wiedział: długi, które rząd w trosce o nas wszystkich zaciąga w naszym imieniu; 51 787 771, licząc razem z poprzednią pozycją)

Zacznijmy więc wnosić poprawki. Jeśli zrezygnujemy z socjalizmu i etatyzmu (tylko częściowo, bo “ubezpieczenia” zdrowotne i socjalne zostawiamy do późniejszego rozważenia), zaoszczędzić można 33 190 647 tysięcy złotych. To wystarczy, by – do wyboru – uniezależnić się od UE lub zlikwidować deficyt i jeszcze o 15 004 340 tysięcy złotych obniżyć dochody państwa. To dość, by o mniej-więcej połowę obniżyć podatek dochodowy od osób prawnych.

Poszukajmy dalszych oszczędności. Jeśli założymy, że – z tym się chyba wszyscy zgodzą? – wydatki administracyjne spokojnie można zredukować o 90%, zyskamy jakieś 11 392 249 tysięcy złotych. Zmniejszmy jeszcze finansowanie szkolnictwa wyższego (vide: niedawny wpis) do 50% stanu obecnego – 5 723 663 tys. zł. – i mamy łącznie 17 115 912 na obniżkę podatków. Wystarczy z grubsza na to, by zlikwidować dział “dochody niepodatkowe”, co jest o tyle ważne, że wydatki etatystyczne są w jakimś stopniu związane z dywidendami i “dochodami jednostek budżetowych”, więc tych pozycyj i tak nie moglibyśmy wpisać w całości po stronie dochodów.

Duża zmiana? Nie, carissimi, minimalna. Bo nie ruszyliśmy jeszcze 96 263 537 tys. “różnych rozliczeń” ani 69 262 375 tys. dopłaty do obowiązkowych “ubezpieczeń”. ZUS, KRUS NFZ i tym podobne pozostają w ogóle nieruszone. W tej symulacji emerytury się nie zmieniają, szpitale, przychodnie, poczta i kolej pozostają państwowe, szkoły działają jak działały. Państwo realizujące taki budżet dalekie by jeszcze było od liberalizmu. A jednak te drobne poprawki to dość, by przestać się zadłużać (lub zrezygnować z eurojałmużny), oddać mnóstwo własności w ręce prywatne, z podatków zaś CIT zmniejszyć o pięćdziesiąt, cło o sto procent.

Wyobraźmy sobie prawdziwą reformę. Prywatyzację wszystkiego, co się sprywatyzować da, likwidację ubezpieczeń przymusowych i spłacenie całego długu. To trudne, ale w perspektywie kilkunastu lat możliwe. Przy obecnym poziomie finansowania tego, co finansować warto, budżet mógłby zostać ograniczony do jakichś sześćdziesięciu miliardów złotych rocznie. Półtora tysiąca od obywatela na rok i żadnego innego podatku, żadnego VAT-u, PIT-u, CIT-u, akcyzy.

Powiecie, że upraszczam. Macie rację. Gdyby przeanalizować budżet bardziej szczegółowo, można by znaleźć dużo więcej oszczędności.

01.23.09

Arma virumque cano

Opublikowany w Uncategorized @ 2:17 pm - autor: iulius

piątek, 23 stycznia 2009
Arma virumque cano
Wszystko wskazuje, iż pan Andrzej Czuma, jeden z nielicznych w polskiej polityce zwolenników prawa obywateli do samoobrony, zostanie ministrem sprawiedliwości. Większego wpływu na upowszechnienie broni palnej co prawda nie uzyska, ale sama nominacja z pewnością polepszy klimat dla zmian w tym kierunku.

Tutej możecie zagłosować w sondzie za dostępem do broni, zaś tutej – przeczytać ciekawy artykuł na ten temat.

01.21.09

De pueris educandis, pars secunda

Opublikowany w Varia @ 6:05 pm - autor: iulius

De pueris educandis, pars secunda
Dziś, z okazji rozpoczynających się sesyj egzaminacyjnych, rzecz o studiach wyższych.

Jak już swego czasu pisałem, kwestia wyboru wykształcenia odbiega nieco od normalnej sytuacji rynkowej, gdzie główne konsekwencje decyzji ponosi ta sama osoba, która ją podejmuje. Ponieważ kształcą się przede wszystkim osoby młode, pozbawione własnych dochodów wystarczających do pokrycia kosztów edukacji, finansowanie – a zatem prawo wyboru – jest de facto w gestii kogoś innego. Brak więc tutej mechanizmu zachęcającego do słusznych decyzyj, w związku z czym nie można wprost stosować najprostszych praw ekonomii. Innymi słowy, ludzkie działanie może okazać się nieracjonalne, bo działający i tak nie odczuje bezpośrednio jego skutków.

Z tego wynika, że wprowadzenie w szkolnictwie wyższym (powyższa zasada jest co prawda słuszna także dla podstawowego i średniego, lecz to bardziej skomplikowana sprawa i o tym kiedy indziej) jakiegoś mechanizmu niewolnorynkowego może, paradoksalnie, przynieść pozytywny skutek. Warto rozważyć sytuację, w której uczelnie nie będą – jak postuluje większość ludzi myślących – całkowicie prywatne, ale częściowo sponsorowane przez państwo.

Trzeba oczywiście zachować ostrożność, by nie pójść za daleko. Studia całkowicie bezpłatne to absurd, kosztowny, ale przede wszystkim groźny społecznie. Gdy każdy może studiować, nie studiować to wstyd. Takie myślenie kieruje znacznym odsetkiem dzisiejszych studentów. Młodzi trwonią pięć lat na nauce rzeczy zupełnie im zbędnych, po czym odkrywają, że tytuł magistra politologii czy zarządzania wcale nie pomaga w życiu. Ale przecież musieli iść na studia, bo kto to widział nie brać, kiedy dają za darmo. Mieć ten bezwartościowy papierek – to znak człowieka ambitnego i inteligentnego. Kto się nie ustawia w kolejce po darmową edukację, najwyraźniej jest frajerem.

Najgorzej mają dziewczyny. Pozwalają sobie wmawiać, że potrzebują wykształcenia; w Polsce obecnej jest podobno nawet więcej studentek niż studentów. A przecież w rzeczywistości najlepiej by się czuły, gdyby pozwolono im w spokoju założyć rodzinę. Tego jednak nie wolno im głośno powiedzieć. No bo jak to, dzieci byś chciała rodzić, mężowi gotować? Nie wypada. Kobieta współczesna o małżeństwie może pomyśleć ewentualnie po magisterium. Wszak żyć z czegoś trzeba (dyplom wyższej uczelni to, jak wiadomo, gwarancja dobrze płatnej pracy), nie pozwolisz chyba, żeby cię facet utrzymywał? A dzieci? Będziesz miała czas, jak skończysz studia; jeszcze ze dwójkę zdążysz wtedy urodzić, więcej chyba nie chcesz?

Nie, studia bezpłatne dla wszystkich z pewnością nie są rozwiązaniem. Cóż więc wchodzi w grę? Kredyty studenckie? Takie wyjście funkcjonuje w niektórych krajach i ponoć sprawdza się nienajgorzej, ja bym mu jednak nie ufał. Po pierwsze, sprawia, że młody człowiek już na samym początku samodzielnego życia staje się dłużnikiem, to, co zarobi, przeznaczać musi na spłatę pożyczki. Rozwiązanie to ponownie uderza w życie osobiste, bo za co tu utrzymać żonę i dzieci, kiedy trzeba uiszczać raty? Zresztą, jeśli komuś to odpowiada, jego sprawa. To nie należy do rozważań bądź co bądź politycznych, mam nadzieję bowiem, że dożyjemy czasów, gdy będą istnieć prywatne banki. Już się one wtedy z chętnymi same najlepiej co do kredytów dogadają.

Bon edukacyjny, każdemu przyznawany w równej wysokości, z dopłatami z własnej kieszeni tam, gdzie ta podstawowa kwota nie wystarczy? Nie sądzę. Spowodowałoby to uprzywilejowanie kierunków tanich (zwykle: humanistycznych) wobec drogich (technicznych, medycyny). Nie dość, że te drugie są trudniejsze, to jeszcze stałyby się mniej opłacalne. Wkrótce brak inżynierów stałby się jeszcze bardziej dotkliwy.

Sądzę, że spośród różnych (dodajmy: nieidealnych) rozwiązań, najlepiej wypada system stypendialny, gwarantujący pokrycie kosztów najlepszym studentom. Po pierwsze, uczelnie musiałyby podać cenę studiów. Aby ją ustalić, część miejsc na wszystkich kierunkach trzeba wystawić na sprzedaż na wolnym rynku. Choć w tej sytuacji, inaczej niż w niemal każdej innej, nie jest to mechanizm doskonały, lepszego sposobu wyznaczenia ceny nie ma. W oparciu o te ceny, dostępne zasoby i przewidywane potrzeby, rząd (niestety) podjąłby decyzję o tym, ilu studentom danego kierunku na danej uczelni sfinansować studia. Kierunki skrajnie bezużyteczne – dżenda stadiz, na przykład – byłyby w pełni płatne; filologia polska, socjologia i tym podobne specjalności, które mogą przynieść kulturze i nauce jakieś niewielkie pożytki, miałyby stypendia dla, powiedzmy, pięciu procent najlepszych studentów; te zaś, które są potrzebne, ale trudne i niepopularne, jak matematyka, mogłyby zostać sfinansowane nawet w kilkudziesięciu procentach.

Zdaję sobie sprawę, że taki system nie byłby perfekcyjny. Z pewnością jednak przewyższałby obecny, a mniemam, że miałby także pewne przewagi nad oświatą całkowicie prywatną.

01.20.09

Non omne honestum licitum

Opublikowany w Uncategorized @ 7:58 pm - autor: iulius

Non omne honestum licitum
Słyszeliście, że Rzeczpospolita Polska jest państwem prawa? No to źle słyszeliście. Jak ktoś wierzy jeszcze w możliwość prowadzenia w tym kraju legalnego biznesu, niech zajrzy na www.dopalamy.com:

Certamen

Opublikowany w Varia @ 7:58 pm - autor: iulius

Certamen
Jeśli ktoś z P.T. Czytelników życzyłby sobie wyrazić poparcie dla niniejszej strony, może uczynić to wysyłając SMS o treści C00124 pod numer 7144. Koszt takiej fanaberii to 1,22 zł. Rzecz dotyczy konkursu na Blog Roku 2008 w kategorii “Polityka”.

Wiadomość skierowana jest wyłącznie do tych czytelników, którzy Autora nie znają osobiście. Pozostali mogą wyrazić swe poparcie poprzez wpłacenie kwoty wyżej wymienionej – lub jakiejkolwiek innej – do rąk własnych.

01.02.09

Possumus et debemus

Opublikowany w Polonia, Posnania @ 4:11 pm - autor: iulius

piątek, 02 stycznia 2009
Possumus et debemus
Dwudziesty siódmy grudnia, obchody dziewięćdziesiątej rocznicy wybuchu V Powstania Wielkopolskiego. Poznań, Plac Wolności. Widowisko przygotowane przez Bajona ma się ku końcowi. Nie zachwyca, nie robi takiego wrażenia, jak pięćdziesiąta rocznica Czerwca przed dwoma laty, ale trzyma pewien poziom. Paderewski, flagi, walki powstańcze, pochód różnych Marcinkowskich, Drzymałów, Wawrzyniaków i tym podobnych dzieci wrzesińskich, źli Prusacy wyłażący z pikelhauby – wiadomo, kicz, rzecz dla ludu, ale nadal jak trzeba, patriotycznie. Zaczęło się psuć z niewiele mającą z tematem wspólnego recytacją Olbrychskiego. Sam wielki finał jednak, kulminacyjny moment, przerósł oczekiwania. Z głośników rozbrzmiała Oda do radości, a na telebimach pokazano, jak się Polak z Niemcem w osobach Mazowieckiego i Kohla po…bratali.

Pierwszy raz widziałem święto narodowe potraktowane w ten sposób. Był sobie zabór, było powstanie, a morał z tego taki, że kochamy Unię Europejską. Ale w sumie należało się tego spodziewać, w końcu Unię mamy dziś wszędzie. Unia dołożyła mi się do dekodera telewizji cyfrowej, choć jej o to wcale nie prosiłem.

Unia dba bowiem o innowacyjność. To znaczy: nakazała w ciągu kilku lat zlikwidować całkowicie normalną telewizję i wymienić ją na cyfrową. Bo jest nowsza, a więc lepsza, czy to się ludziom podoba, czy nie.

A jeśli pijemy w Poznaniu zdrową wodę, to też tylko i wyłącznie dzięki Unii. Wdzięczne są jej za to dzieci ze szkół podstawowych. Tego w każdym razie mogliśmy się dowiedzieć z plakatów wiszących niedawno na przystankach MPK.

Plakaty dotyczą projektu “oczyszczanie ścieków i dostawa wody dla miasta Poznania”. Projekt “przyczynia się do zmniejszania różnic społecznych i gospodarczych pomiędzy obywatelami Unii”. Najwyraźniej zanim dobra Unia nie przyszła, wodę mieszkańcy miasta brali z kałuż, a ścieki spływały ulicami.

Unia bardzo się stara, byśmy wszędzie, nawet na suwmiarkach w uczelnianym laboratorium, widzieli jej symbole. Wydaje na reklamę trzy miliardy euro rocznie, więcej niż Coca-Cola.

Wszystko po to, byśmy myśleli, że Unia daje nam w prezencie jakieś ogromne sumy pieniędzy. Tak jednak nie jest. Nawet jeśli zrezygnujemy z liczenia wszystkich kosztów związanych z dotacjami i spojrzymy wyłącznie na gołe liczby, okaże się, że Polska wpłaca do Unii więcej niż z niej dostaje!

Ale może Unia ma jakieś inne zalety, które równoważą stratę pieniędzy? Pomyślmy. Z czego zwolennicy UE są zwykle najbardziej dumni, co uważają za jej zaletę? Silną gospodarkę? Wolne żarty, wzrost PKB w Unii trzyma się w okolicach zera i gdyby nie kraje takie jak Polska, gdzie jest on kilkuprocentowy, średnia już dawno wyszłaby ujemna. Może powinniśmy patrzeć mniej materialistycznie, może kluczowym atutem UE jest demokratyczny ustrój? Jeśli nawet ktoś popiera demokrację, w Unii jej nie znajdzie. Irlandczycy w referendum jasno powiedzieli, że żadnego traktatu lizbońskiego nie chcą. Teraz referendum będzie powtórzone, bo tak chce Bruksela. A jeśli traktat znów przegra, “demokratyczna” procedura będzie zapewne powtarzana do skutku. To i tak nieźle, bo u nas referendum ani w sprawie traktatu, ani wprowadzenia euro w ogóle nie będzie. Bezpieczeństwo socjalne? W strefie euro, do której tak koniecznie musimy przystąpić, rekordowo niska stopa bezrobocia z początku zeszłego roku to 7,1%. W Wielkopolsce mamy 5,8%, w samym Poznaniu 1,6%.

Nic zresztą dziwnego, że Unia nie bardzo ma się czym pochwalić. Jej polityka gospodarcza to dokładne przeciwieństwo zasad wolnego rynku. Państwom członkowskim nie wolno obniżać podatków poniżej ustalonych w Brukseli poziomów. Każdy przedsiębiorca w Unii – od rolnika czy sprzedawcy oscypków po producenta samochodów – musi też przestrzegać wymyślonych tam norm. Jeśli wyprodukuje więcej mleka niż pozwala Unia, sprzeda oscypek w niedozwolonej porze roku czy zbuduje samochód inaczej niż według urzędniczych wytycznych, zostanie ukarany grzywnami, a nawet więzieniem.

Zatem kraj na członkostwie w UE zdecydowanie traci. Logiczne byłoby więc wystąpienie z tej organizacji. Wielu ludzi jednak sądzi, że im osobiście Unia pomaga. Mogą na przykład pracować w Londynie, jechać bez paszportu na wakacje w słowackich Tatrach czy studiować we Frankfurcie. Pomijam fakt, że takie korzyści mogłyby wynikać z dwustronnych umów między krajami i nie trzeba do tego specjalnego parlamentu ani komisji w Brukseli. Zwróćmy uwagę, że o ile człowiek zyskuje na UE, to tylko jako obywatel państwa członkowskiego, nie jako mieszkaniec terytorium do UE należącego. Obywatel Rzeczypospolitej zamieszkały na stałe w neutralnej Szwajcarii czy Stanach Zjednoczonych mógłby korzystać ze wszystkich tych udogodnień, o których myślimy jako o zaletach Unii.

Istnieje rozwiązanie, które pozwoliłoby pozbyć się problemów wynikających z członkostwa, natomiast zachować wszystkie atuty. Wielkopolska musi wystąpić z Unii Europejskiej, pozostając terytorium Rzeczypospolitej Polskiej. Jest to możliwe. Precedens stworzyła Grenlandia, która wystąpiła z UE, ale nadal jest częścią Danii.

W ten sposób pozbędziemy się władzy Brukseli nad Wielkopolską. Nikt już nie podyktuje rolnikowi spod Kościana, ile mleka ma dawać jego krowa. Na naszym terenie staną się możliwe potrzebne reformy gospodarcze, z obniżeniem podatków na czele. Będziemy mogli korzystać ze zwyczajnych żarówek, gdy wejdzie w życie unijny obowiązek kupowania droższych i mniej zdrowych dla oka “energooszczędnych”. I nikt już nie powie cukiernikom z Międzychodu, że są za mało wielkopolscy, żeby piec rogale marcińskie.

Zarazem Wielkopolanie pozostaną obywatelami polskimi. Zachowają prawo pracy w krajach UE, możliwość swobodnego podróżowania czy studiowania. Będziemy nadal mieli to wszystko, co stanowi rzeczywistą korzyść. Znikną tylko trudności i przeszkody narzucane przez europejski quasi-rząd.

Możemy i powinniśmy to zrobić. Co, Unia się nie zgodzi? Niemcy dziewięćdziesiąt lat temu też nie chcieli się zgodzić, by Wielkopolska podążyła własną drogą. Dziś będzie dużo łatwiej, dziś wystarczy zapewne walka polityczna. Przy odpowiedniej determinacji jesteśmy w stanie uczynić z Wielkopolski enklawę wolnego rynku, do której będą uciekać tłamszone biurokracją i podatkami firmy z całej Europy. Stać nas na to.

Zapraszam do dyskusji: http://wielkopolska.dyskutuj.com.

Arma cano, pars sexta

Opublikowany w Orbis @ 4:10 pm - autor: iulius

sobota, 20 grudnia 2008
Arma cano, pars sexta

Na blogu http://predatorxl.salon24.pl/ trochę bardzo ciekawych statystyk odnośnie dostępu do broni palnej:

W 1982 roku władze miasta Kennesaw (Georgia) wprowadziły obowiązek posiadania broni wraz z amunicją przez każdą głowę rodziny. Później przepis został nieco zmodyfikowany, zastosowano klauzule wyłączające z nakazu określony grupy społeczne, niemniej zasadnicza treść przepisu pozostała w mocy. Przepisu, dodajmy, nieprzesadnie weryfikowanego przez władze, po dziś dzień nikogo nie spotkały nieprzyjemności za nie poddanie się wymaganiom. Rezultaty?

Przed wprowadzeniem „prawa pistoletowego” Kennesaw zamieszkiwało 5242 mieszkańców, poziom przestępczości był wyższy niż średnia krajowa o 10%. W roku 2005 miasto rozrosło się, liczba ludności wzrosła do 28 189 ludzi, zaś poziom przestępczości spadł o ponad 53%. Dla porównania – w mieście Morton Grave (Illinois), w którym rok wcześniej (1981) zabroniono wszystkim (poza policjantami) posiadania broni, nastąpił do 2005 roku wzrost przestępczości o 15,7% przy jednoczesnym niewielkim spadku liczby mieszkańców (z 22 451 w 2000 r. do 22 202 pięć lat później). Niewielkie zagrożenie przestępczością potwierdził opublikowany w 2003 roku raport FBI: w Kennesaw było o połowę mniej zabójstw i włamań, a rozboje praktycznie się nie zdarzają (0,13 średniej krajowej).

(…)

Statystyki z innych państw potwierdzają, że broń palna w rękach przeciętnych obywateli ogranicza przestępczość znacząco: w 1996 roku odjęto broń Australijczykom. Efektem pierwszego roku prohibicji był 44% przyrost rabunków z bronią w ręku, 8,6% wzrost napaści z użyciem przemocy, 3,2% więcej zabójstw. W kolejnym roku rabunki z bronią to już wzrost o 73%, rabunki bez użycia broni – o 28%, porwania o 38%, napaści – o 17% zabójstwa – o 29%. Największy sukces przyjaciele ludu zanotowali w stanie Wiktoria – w ciągu roku od wprowadzenia zakazu posiadania broni nastąpił 300% wzrost liczby zabójstw z użyciem broni palnej. W tym samym 1996 roku rozbrojono ludność Wielkiej Brytanii. Do 2004 r. liczba przestępstw z użyciem broni lub przemocy wzrosła o 69%, w tym morderstw o 54% a rabunków o 45%. Dla porównania: w okresie 1993-1996, czyli przed odebraniem ludziom ich praw, liczba rabunków z bronią w ręku spadła o 50%.

Oeconomia in actis diurnis

Opublikowany w Polonia @ 4:08 pm - autor: iulius

środa, 17 grudnia 2008
Oeconomia in actis diurnis
Media pełnią ważną funkcję edukacyjną. Można się z nich uczyć wielu rzeczy, chociażby ekonomii. I to zupełnie szczególnej. Czytając gazety możemy zdobyć takie wiadomości o funkcjonowaniu gospodarki, jakich nigdy nie znaleźlibyśmy u Smitha, Bastiata czy Misesa. Ba, nieraz bywa, że dowiemy się z nich czegoś wręcz przeciwnego niż z podręczników!

Spójrzmy na dzisiejszy tekst z Wyborczej:

Amerykańscy konsumenci tak spanikowali, że ekonomiści jak ognia obawiają się deflacji, czyli odwrotności inflacji. To zjawisko zabójcze dla aktywności gospodarczej, bo gdy wszystko tanieje, to przestaje się opłacać produkować, a najlepszą inwestycją są rządowe obligacje. Przykład najbardziej doświadczonego deflacją kraju, czyli Japonii, mówi, że piekielnie trudno rozruszać taką gospodarkę. Japonia walczyła z deflacją przez całą dekadę lat 90. Orężem były zerowe stopy procentowe, do czego zmierza Fed. Musi zdecydowanie ciąć stopy, bo walczy z czasem. Jeśli tani kredyt zachęci Amerykanów do zakupów, a firmy do inwestowania, to groźba wieloletniej stagnacji gospodarczej zostanie zażegnana.

Wszystko tanieje! Czy można sobie wyobrazić coś bardziej dla gospodarki zabójczego? Gdyby towary i usługi zaczęły tanieć, przestałoby się opłacać cokolwiek produkować. Nie opłacałoby się produkować chleba, bo ludzie przecież w takiej sytuacji przestaliby jeść. Nie opłacałoby się budować domów, bo w końcu w świecie spadających cen nikt nie chciałby już mieć dachu nad głową. Nawet gazety przestałyby wychodzić, bo w czasach deflacji nie tracono by czasu na czytanie kiepskich artykułów o ekonomii. Wszyscy pogrążyliby się w stagnacji i zainwestowali swoje pieniądze w jedyne, co by się jeszcze opłacało, to jest pożyczanie pieniędzy rządowi.

Na szczęście istnieje odpowiedź na to zagrożenie. Odpowiedź dająca tyle nadziei, że można ją opatrzyć zdjęciem Baracka Obamy. Otóż rząd może rozdawać za darmo kredyty. Darmowe pożyczki banku centralnego pozwolą przedsiębiorcom rozkręcić inwestycje, które w normalnych warunkach nie byłyby opłacalne. Jak wiadomo, wspieranie nieopłacalnych inwestycyj jest podstawowym warunkiem budowy silnej gospodarki. Trzeba to tylko zrobić szybko, żeby nie obudzić się, jak rząd Jego Cesarskiej Mości, z ręką w nocniku (czy czego tam Japońce używają).

Można by sobie zadać pytanie, jak by to wszystko wyglądało, gdyby rządy się do pieniądza, gospodarki, kredytu, deflacji, stagnacji i w ogóle sytuacji nie mieszały. Można by, gdyby nie kryzys, który przypomniał nam wszystkim, że wolny rynek nie jest rozwiązaniem. Dziś nikt poważny nie wierzy w dziki kapitalizm ani nie sprzeciwia się mądrej interwencji państwa.

To też przeczytałem w gazecie.

Poprzednia strona · Następna strona