04.10.09

Nunc est iocandum

Opublikowany w Historia, Polonia, Posnania @ 8:32 pm - autor: iulius

poniedziałek, 30 marca 2009
Nunc est iocandum
Znów rozgorzał spór o przeszłość pewnego elektryka, przez grupę ludzi mądrzejszych od siebie wyniesionego kiedyś do rangi symbolu. Spór, dodajmy, mało dla mnie interesujący; fakt współpracy owego człowieka z SB uważam za bezsporny, ale nie znam żadnych powodów, by się dziś tym faktem – czy, po prawdzie, jakimkolwiek faktem z życia tego człowieka – przejmować. Szkoda czasu. Lepiej zająć się sztuką z epoki. Przed Państwem poznański kabaret Tey, z Poznania:

03.10.09

Turpe, turpius… pars tertia

Opublikowany w Posnania @ 12:40 pm - autor: iulius

wtorek, 03 marca 2009
Turpe, turpius… pars tertia
Nawet wśród ludzi o rozsądnych poglądach spotkać można takich, którzy opowiadają się za państwową własnością zabytków. Ma ona chronić dziedzictwo kulturowe przed zniszczeniem, do którego z jakiegoś powodu mieliby dążyć prywatni właściciele.

Jak ta ochrona w praktyce wygląda, widzimy po projektach urzędników odpowiedzialnych (o ile godzi się tego słowa użyć) za poznańskie zabytki. Od kilku lat trwają przygotowania do oszpecenia Góry Przemysła i znajdującego się tam Zamku Królewskiego. Dyrektor Muzeum Narodowego umyślił sobie, a władze go poparły, że skoro jest na Starym Mieście miejsce ciche, spokojne i urokliwe, to należy je pod hasłami “ożywienia” i “odbudowy” wyposażyć w nie pasujący do niczego w pobliżu gmach o pseudośredniowiecznej architekturze. Zapewne po to, by planowana na dachu samego muzeum rura nie była najbrzydszym obiektem w okolicy. Jedyna nadzieja dla Góry Przemysła w tym, że projekt nadal będzie się rozbijać o jakieś biurokratyczno-polityczne przepychanki.

Niestety, ktoś sobie przypomniał, że mamy wew Poznaniu dwa zamki. Teraz biednemu Kaiserschlossowi też grozi przebudowa.

„Wszystko mamy już gruntownie przemyślane i zaprojektowane. Najważniejszym elementem przebudowy będzie połączenie Sali Marmurowej i Sali Wielkiej w jedną dużą przestrzeń. Dodatkowo nad tymi salami wyburzymy piętra, dzięki czemu sala będzie nie tylko duża, ale i wysoka” – informuje o planach Barbara Szajerka, dyrektor ds. administracyjnych zamku.

Tak właśnie wygląda państwowa opieka nad zabytkami: mamy w mieście dwa zamki władców dwóch państw, co samo w sobie jest rzeczą wyjątkową. Jeden z nich jest w dodatku najmłodszą rezydencją monarszą w Europie. Skoro zatem Królewskiego nie udało nam się dotąd przytłoczyć nowym, fantazyjnym budynkiem, przebudujmy Cesarski.

Właściciel zabytku dba o niego i nie zmienia bez potrzeby, bo wierność stanowi pierwotnemu podnosi wartość obiektu. Gdy właściciela nie ma i rządzą urzędnicy, zabytek nie ma szans się uchować – w końcu co dyrektorowi szkodzi wyburzyć parę pięter? Nie jego i nie za jego.

02.18.09

Parvum addas parvo

Opublikowany w Posnania @ 8:10 pm - autor: iulius

środa, 18 lutego 2009
Parvum addas parvo
Socjaliści to ciekawe stworzenia. Obojętnie jak dobrze by nie chcieli, jak bardzo by się nie starali, praktycznie zawsze zrobią coś głupiego.

Ot, exemplum dzisiejsze: Gazeta Wyborcza apeluje do poznańskich “przedsiębiorstw i urzędów”, by oddawały stare komputery dzieciom. Nie “biednym” czy “ubogim” dzieciom. Nawet nie dzieciom “z rodzin patologicznych”. Z artykułu dowiadujemy się, że beneficjentami akcji mają być dzieci, które nie mają w domu komputerów, którym grozi cyfrowe wykluczenie, które komputery znają tylko z lekcji informatyki.

Wykluczenie to świetna rzecz dla takiego socjalisty. Przyjmując odpowiedni punkt widzenia, o każdym można powiedzieć, że jest wykluczony, dzięki czemu można z jego wykluczeniem walczyć. Tu mamy wykluczonych cyfrowo. Niemało jest na świecie wykluczonych ekonomicznie. A były już głosy, że państwo powinno fundować usługi prostytutek inwalidom, gdyż są wykluczeni seksualnie.

Ach, czyżbym poszedł za daleko? Dlaczego wspominam o państwie, przecież tu tylko o dobroczynność chodzi, nie o żadne zasiłki! Przecież tą razą socjaliści proszą o dobrowolne darowizny, zatem niewątpliwie chcą dobrze!

Popatrzmy więc, skąd ma przyjść ratunek dla wykluczonych cyfrowo:

- Chcemy oddać w dobre ręce około 150 całkowicie sprawnych, siedmioletnich komputerów z klawiaturami i monitorami – mówi Włodzimierz Groblewski, rzecznik biura kształtowania relacji społecznych poznańskiego Urzędu Miasta.

Jakiż miły ten pan Włodzimierz, jaki uczynny! Odda w dobre ręce półtora setki sprawnych maszyn – no wuchtę po prostu! Chociaż moment, jak to odda? To jego komputery są? No nie bardzo. One są moje. I Twoje. Nasze. I jakoś niezbyt mi to pasuje, że jakiś pan Włodzimierz teraz je odda wykluczonym. Bo może on ich już dla swoich Bardzo Ważnych Zajęć w kluczowym dla istnienia miasta biurze kształtowania relacyj społecznych nie potrzebuje, ale to jeszcze nie znaczy, że jedynymi potencjalnymi użytkownikami tego sprzętu są wykluczeni, których wybrała Gazeta.

Ja, coby daleko nie szukać, chętnie kupiłbym używany monitor i klawiaturę, gdyby ktoś mi je zaoferował po dobrej cenie. Niejednego też znam miłośnika dłubania w hardłerze, który z przyjemnością wziąłby takiego komputra na części zamienne. A pewnie znalazłby się i jakiś emeryt, szukający taniego narzędzia kontaktu z mieszkającymi daleko wnukami.

Jak więc zdecydować, kto ma dostać zbędne komputery z urzędu? Kto jest władny wybrać między emerytem a dzieckiem ze świetlicy? Pan redaktor z Wyborczej do spółki z panem Włodzimierzem z urzędu najwyraźniej sądzą, że właśnie oni. Pozwalam sobie nie podzielać tej opinii. Jeśli władza publiczna ma zbędny majątek, obojętnie – komputer czy fabrykę samochodów, procedura pozbywania się go zawsze powinna być taka sama: licytacja. Prosta, otwarta dla wszystkich na równych zasadach. Niech rynek zdecyduje, kto i za ile co dostanie.

Na takie rozwiązanie socjalista zgodzić się nie może. Jak by wówczas zmusił ludzi, by kierowali majątek tam, gdzie on akurat uważa za stosowne?

01.02.09

Possumus et debemus

Opublikowany w Polonia, Posnania @ 4:11 pm - autor: iulius

piątek, 02 stycznia 2009
Possumus et debemus
Dwudziesty siódmy grudnia, obchody dziewięćdziesiątej rocznicy wybuchu V Powstania Wielkopolskiego. Poznań, Plac Wolności. Widowisko przygotowane przez Bajona ma się ku końcowi. Nie zachwyca, nie robi takiego wrażenia, jak pięćdziesiąta rocznica Czerwca przed dwoma laty, ale trzyma pewien poziom. Paderewski, flagi, walki powstańcze, pochód różnych Marcinkowskich, Drzymałów, Wawrzyniaków i tym podobnych dzieci wrzesińskich, źli Prusacy wyłażący z pikelhauby – wiadomo, kicz, rzecz dla ludu, ale nadal jak trzeba, patriotycznie. Zaczęło się psuć z niewiele mającą z tematem wspólnego recytacją Olbrychskiego. Sam wielki finał jednak, kulminacyjny moment, przerósł oczekiwania. Z głośników rozbrzmiała Oda do radości, a na telebimach pokazano, jak się Polak z Niemcem w osobach Mazowieckiego i Kohla po…bratali.

Pierwszy raz widziałem święto narodowe potraktowane w ten sposób. Był sobie zabór, było powstanie, a morał z tego taki, że kochamy Unię Europejską. Ale w sumie należało się tego spodziewać, w końcu Unię mamy dziś wszędzie. Unia dołożyła mi się do dekodera telewizji cyfrowej, choć jej o to wcale nie prosiłem.

Unia dba bowiem o innowacyjność. To znaczy: nakazała w ciągu kilku lat zlikwidować całkowicie normalną telewizję i wymienić ją na cyfrową. Bo jest nowsza, a więc lepsza, czy to się ludziom podoba, czy nie.

A jeśli pijemy w Poznaniu zdrową wodę, to też tylko i wyłącznie dzięki Unii. Wdzięczne są jej za to dzieci ze szkół podstawowych. Tego w każdym razie mogliśmy się dowiedzieć z plakatów wiszących niedawno na przystankach MPK.

Plakaty dotyczą projektu “oczyszczanie ścieków i dostawa wody dla miasta Poznania”. Projekt “przyczynia się do zmniejszania różnic społecznych i gospodarczych pomiędzy obywatelami Unii”. Najwyraźniej zanim dobra Unia nie przyszła, wodę mieszkańcy miasta brali z kałuż, a ścieki spływały ulicami.

Unia bardzo się stara, byśmy wszędzie, nawet na suwmiarkach w uczelnianym laboratorium, widzieli jej symbole. Wydaje na reklamę trzy miliardy euro rocznie, więcej niż Coca-Cola.

Wszystko po to, byśmy myśleli, że Unia daje nam w prezencie jakieś ogromne sumy pieniędzy. Tak jednak nie jest. Nawet jeśli zrezygnujemy z liczenia wszystkich kosztów związanych z dotacjami i spojrzymy wyłącznie na gołe liczby, okaże się, że Polska wpłaca do Unii więcej niż z niej dostaje!

Ale może Unia ma jakieś inne zalety, które równoważą stratę pieniędzy? Pomyślmy. Z czego zwolennicy UE są zwykle najbardziej dumni, co uważają za jej zaletę? Silną gospodarkę? Wolne żarty, wzrost PKB w Unii trzyma się w okolicach zera i gdyby nie kraje takie jak Polska, gdzie jest on kilkuprocentowy, średnia już dawno wyszłaby ujemna. Może powinniśmy patrzeć mniej materialistycznie, może kluczowym atutem UE jest demokratyczny ustrój? Jeśli nawet ktoś popiera demokrację, w Unii jej nie znajdzie. Irlandczycy w referendum jasno powiedzieli, że żadnego traktatu lizbońskiego nie chcą. Teraz referendum będzie powtórzone, bo tak chce Bruksela. A jeśli traktat znów przegra, “demokratyczna” procedura będzie zapewne powtarzana do skutku. To i tak nieźle, bo u nas referendum ani w sprawie traktatu, ani wprowadzenia euro w ogóle nie będzie. Bezpieczeństwo socjalne? W strefie euro, do której tak koniecznie musimy przystąpić, rekordowo niska stopa bezrobocia z początku zeszłego roku to 7,1%. W Wielkopolsce mamy 5,8%, w samym Poznaniu 1,6%.

Nic zresztą dziwnego, że Unia nie bardzo ma się czym pochwalić. Jej polityka gospodarcza to dokładne przeciwieństwo zasad wolnego rynku. Państwom członkowskim nie wolno obniżać podatków poniżej ustalonych w Brukseli poziomów. Każdy przedsiębiorca w Unii – od rolnika czy sprzedawcy oscypków po producenta samochodów – musi też przestrzegać wymyślonych tam norm. Jeśli wyprodukuje więcej mleka niż pozwala Unia, sprzeda oscypek w niedozwolonej porze roku czy zbuduje samochód inaczej niż według urzędniczych wytycznych, zostanie ukarany grzywnami, a nawet więzieniem.

Zatem kraj na członkostwie w UE zdecydowanie traci. Logiczne byłoby więc wystąpienie z tej organizacji. Wielu ludzi jednak sądzi, że im osobiście Unia pomaga. Mogą na przykład pracować w Londynie, jechać bez paszportu na wakacje w słowackich Tatrach czy studiować we Frankfurcie. Pomijam fakt, że takie korzyści mogłyby wynikać z dwustronnych umów między krajami i nie trzeba do tego specjalnego parlamentu ani komisji w Brukseli. Zwróćmy uwagę, że o ile człowiek zyskuje na UE, to tylko jako obywatel państwa członkowskiego, nie jako mieszkaniec terytorium do UE należącego. Obywatel Rzeczypospolitej zamieszkały na stałe w neutralnej Szwajcarii czy Stanach Zjednoczonych mógłby korzystać ze wszystkich tych udogodnień, o których myślimy jako o zaletach Unii.

Istnieje rozwiązanie, które pozwoliłoby pozbyć się problemów wynikających z członkostwa, natomiast zachować wszystkie atuty. Wielkopolska musi wystąpić z Unii Europejskiej, pozostając terytorium Rzeczypospolitej Polskiej. Jest to możliwe. Precedens stworzyła Grenlandia, która wystąpiła z UE, ale nadal jest częścią Danii.

W ten sposób pozbędziemy się władzy Brukseli nad Wielkopolską. Nikt już nie podyktuje rolnikowi spod Kościana, ile mleka ma dawać jego krowa. Na naszym terenie staną się możliwe potrzebne reformy gospodarcze, z obniżeniem podatków na czele. Będziemy mogli korzystać ze zwyczajnych żarówek, gdy wejdzie w życie unijny obowiązek kupowania droższych i mniej zdrowych dla oka “energooszczędnych”. I nikt już nie powie cukiernikom z Międzychodu, że są za mało wielkopolscy, żeby piec rogale marcińskie.

Zarazem Wielkopolanie pozostaną obywatelami polskimi. Zachowają prawo pracy w krajach UE, możliwość swobodnego podróżowania czy studiowania. Będziemy nadal mieli to wszystko, co stanowi rzeczywistą korzyść. Znikną tylko trudności i przeszkody narzucane przez europejski quasi-rząd.

Możemy i powinniśmy to zrobić. Co, Unia się nie zgodzi? Niemcy dziewięćdziesiąt lat temu też nie chcieli się zgodzić, by Wielkopolska podążyła własną drogą. Dziś będzie dużo łatwiej, dziś wystarczy zapewne walka polityczna. Przy odpowiedniej determinacji jesteśmy w stanie uczynić z Wielkopolski enklawę wolnego rynku, do której będą uciekać tłamszone biurokracją i podatkami firmy z całej Europy. Stać nas na to.

Zapraszam do dyskusji: http://wielkopolska.dyskutuj.com.

Doctor erroris causa

Opublikowany w Orbis, Polonia, Posnania @ 4:08 pm - autor: iulius

wtorek, 09 grudnia 2008
Doctor erroris causa
I znowu zobaczę, co nieraz widziałem
Że mędrcy przyznali znów laur akademii
Za dowód niezbity, że czarne jest białe
(J. Czech, Kataryniarz)

Był ponoć czas, gdy wydziały ścisłe uczelni wyższych stanowiły ostoję wolnej myśli. Wielokrotnie słyszałem opinie, że w PRL ludzie nieprzychylni systemowi wybierali studia z zakresu matematyki czy inżynierii, ponieważ w tych dziedzinach nie było takiej presji ideologicznej jak w przypadku filozofii, prawa czy historii.

Świat jednak się zmienia. Obecny eurokomunizm jest dużo wyższą formą rozwoju niż dawny komunizm sowiecki. Choć cele pozostały te same, metody stały się o wiele subtelniejsze. Tam, gdzie ZSRR potrzebował czołgów, UE wystarcza telewizja i gazety.

Dzisiaj wydziały ścisłe krzewią obowiązujące standardy dobromyślenia z równym zaangażowaniem, co humanistyczne. Nastąpił przy tym podział zadań, który, jak wiemy z lektury Adama Smitha, stanowi podstawowy warunek rozwoju. Chómaniści (nie godzi się ich zaszczycać imieniem Humanistów) najczęściej zajmują się rozmaitymi dżenda stadis, równymi szansami i walką przeciw kulturze. Przyrodnikom i inżynierom powierzono natomiast świętą wojnę ze Zmianami Klimatycznymi (dawniej: Globalnym Ociepleniem, jeszcze dawniej: Efektem Cieplarnianym).

Myślałem, że najbardziej bezczelnym przykładem tej działalności podczas poznańskiej konferencji będzie przyznanie Albertowi Gore’owi doktoratu honoris causa UAM. To lizidupstwo jeszcze można by jakoś wybaczyć, w końcu w gronie osób wyróżnionych owym tytułem znajdują się już takie osobistości jak Małgorzata Honeckerowa. Okazało się niestety, że oprócz niespecjalnie szkodliwych pochlebców są w gronie poznańskich naukowców prawdziwi przodownicy pracy na polu propagandy.

WySRol, obecnie przez osoby bez poczucia humoru zwany Uniwersytetem Przyrodniczym, ma dla studentów rozważających uczestnictwo w organizowanym jutro festiwalu kłamstwa propozycję nie do odrzucenia:

Bonus potwierdzający udział w programie „Dnia edukacji ekologicznej” uprawnia studenta do podniesienia o ½ oceny z zaliczenia (egzaminu) jednego przedmiotu obowiązującego w roku akademickim 2008/2009. Przedmiot taki powinien być choć częściowo związany z przyrodą i jej ochroną, z ekologią, klimatologią, ochroną środowiska, inżynierią środowiska itp.

Kiedyś oceny dostawało się za wiedzę, umiejętności lub przynajmniej sympatię wykładowcy. Ale mamy postęp i dziś decyduje udział w seansach filmów propagandowych.

Na odtrutkę polecam wywiad z jednym z najbardziej znanych wrogów kłamstwa klimatycznego, profesorem Jaworowskim. Warto poszukać także jego artykułów – chociażby z Postępów Fizyki sprzed bodaj roku – w których pan profesor polemizuje z opiniami ekoterrorystów na różne tematy, od katastrofy czarnobylskiej po skażenie ołowiem. Dobrze, że są jeszcze tacy ludzie.

Nie ma chyba wątpliwości, że człowiek oddziałuje na środowisko – wystarczy wspomnieć o wyrębie lasów albo o przemyśle, który zatruwa powietrze. A skoro naukowcy się spierają, to może warto dmuchać na zimne?

Powtarza pan propagandę ekologów. Proszę zauważyć, że człowiek najbardziej zaingerował w środowisko naturalne, gdy powstało rolnictwo, a więc kilka tysięcy lat temu. Gdyby jednak nie rolnictwo, to nadal mieszkalibyśmy w lasach. Mówi pan: przemysł, i zgoda. Wrzucamy do atmosfery różnego rodzaju związki chemiczne. Głównie dwutlenek węgla. Tylko proszę zwrócić uwagę na proporcje. Jeśli podzielimy strumienie CO 2 na: naturalne (oceany, lądy i wulkany) oraz pochodzenia ludzkiego (samochody, oddychanie ludzi, paliwa kopalne, cement, rolnictwo), to ten drugi stanowi zaledwie 4,7 proc. strumienia naturalnego. Wszelkie dane wskazują, że ocieplenie klimatu nie ma związku z zawartością CO2 w powietrzu. To znaczy wysokość stężenia tego gazu w okresach historycznych jest powiązana skutkowo, a nie przyczynowo z klimatem planety. Najpierw następuje ocieplenie, a dopiero wskutek rosnącej temperatury zwiększa się zawartość dwutlenku węgla w powietrzu. Dzieje się tak dlatego, że najwięcej CO2 jest w oceanach, które im wyższa temperatura, tym bardziej oddają ten gaz do atmosfery.

Posnania oppugnata

Opublikowany w Posnania @ 4:07 pm - autor: iulius

piątek, 05 grudnia 2008
Posnania oppugnata
Jak dotąd konferencja ONZ w sprawie zapobieżenia wzrostowi gospodarczemu nie stwarza szczególnych trudności dla Poznańczyków. Szkiełów na ulicach co prawda wuchta, ale nie narzucają się ze swoją obecnością i nie przeszkadzają, jeśli ktoś przechodzi na czerwonym.

Jeśli wierzyć Wyborczej (ależ proszę Czytelników, proszę się nie śmiać!), problemy zaczną się jutro. Ma się tu zwalić dwa i pół tysiąca rozmaitych aktywistów komunistycznych. Czym się zajmą ci na ogół młodzi, zatroskani o los świata działacze? Tym, co zawsze: utrudnianiem życia uczciwym ludziom.

Wszystkie demonstracje odbywać będą się na ulicach centrum, które zostaną zamknięte na czas ich przemarszu. – Apelujemy do kierowców, by w sobotę nie wjeżdżali do centrum Poznania od godz. 11 do 19 – mówi Andrzej Borowiak, rzecznik Komendy Wojewódzkiej Policji.

Utrudniony będzie również ruch komunikacji miejskiej. Autobusy pewnie staną w korku. Problemy mogą mieć również tramwaje, bowiem demonstranci mogą iść po szynach na moście Dworcowym, ul. Dąbrowskiego i na Kaponierze.

Ja tam zawsze myślałem, że chodzi się po chodnikach i żadnych ulic, a tym bardziej torów tramwajowych do tego zamykać nie trzeba. No, ale najwyraźniej chodzenie chodnikiem jest nieekologiczne.

Na szczęście policja czasem się do czegoś przydaje. Obecnie chodzi po domach anarchistów w całym kraju i ich straszy. Pochwalam cel, chodź nie zgadzam się ze stosowanymi przez stróżów prawa metodami. Lewaków przeszkadzających w normalnym funkcjonowaniu miasta powinno się jeśli nie wieszać, to co najmniej mocno pałować.

Quod nova testa capit, inveterata sapit

Opublikowany w Orbis, Posnania @ 4:04 pm - autor: iulius

środa, 29 października 2008
Quod nova testa capit, inveterata sapit
Doprawdy, nie rozumiem zupełnie tych, co nie czytają Gazety Wybiórczej. Tyle ciekawych rzeczy można tam znaleźć! Weźmy na przykład ten artykuł. Stoi w nim napisane, że z okazji Międzynarodowego Zlotu Miłośników Wypoczynku na Koszt Podatnika, który odbędzie się w naszym stołecznym mieście w grudniu, już teraz spędzono na lekcje dobromyślenia siedmiuset uczniów z całego kraju. Popatrzmy, czego ich nauczono.

Ten naukowiec twierdzi, że rok 2008 ma być w pierwszej dziesiątce tych najgorętszych. To masakra! – mówi chłopak z plikiem notatek pod pachą.

Doprawdy, rzeź i trwoga. Rozumiem, że chodzi o średnią temperaturę roczną na świecie. Systematyczne jej pomiary wykonuje się może od stu pięćdziesięciu lat. Zatem prawdopodobieństwo, że rok znajdzie się w dziesiątce najgorętszych, wynosi 1:15. Każdy gimnazjalista może się więc spodziewać, że taki rok zdarzy mu się przed skończeniem szkoły przeżyć około jednego raza. Aby przypadkiem nikt ze zgromadzonych na to nie wpadł, młodzież do indoktrynacji wcześniej starannie wybrano:

Cała klasa gimnazjalistów o profilu humanistyczno-teatralnym z Wałbrzycha jechała na Młodzieżowy Szczyt Klimatyczny pięć godzin nocnym pociągiem. Wstęp na imprezę mieli dzięki ekologicznemu projektowi, jaki wymyślili na konkurs organizowany przez “Gazetę”.

Ciekawe, ile było klas o profilu matematyczno-fizycznym lub biologiczno-chemicznym. No, ale idźmy dalij. Uczniowie wysłuchali wykładów najwybitniejszych polskich naukowców zajmujących się zmianami klimatu. Jedna uczennica, najwyraźniej wyjątkowo głupia, gdyż nie zrozumiała, że jak mówi pan profesor, to wątpliwości dobromyślnemu Europejczykowi mieć nie wypada, zauważyła, że bywało już na Ziemi cieplej niż teraz i jakoś szlag wszystkiego nie trafił. Nawiasem mówiąc, w Poznaniu mamy pamiątki tego stanu rzeczy w nazwach Winiar i Winograd, miejsc, gdzie dawniej mieściły się winnice*.

Nasz wpływ na klimat jest tak naprawdę niewielki. Może szkoda, bo gdyby był ogromny, to też więcej moglibyśmy zmienić – odpowiedział uczennicy Wybitny Naukowiec. Gazeta nie wspomina, żeby młodzież w tym momencie spytała, po jakiego kija w takim razie cały ten cyrk z ograniczeniem emisyj tlenku węgla (IV), które i tak niczego w praktyce nie zmieni. I pewnie nikt się nie pytał; po kilku latach w szkole wszyscy potrafią już dwumyśleć.

Inny “naukowiec” zauważył co prawda, że topnienie lodów znacznie ułatwia handel morski, ponieważ jednak koniecznie trzeba obronić tezę, że negatywne strony ocieplenia klimatu są o wiele większe niż pozytywne pokazał slajd z zawalonym wieżowcem w Rosji, pod którym była wieczna zmarzlina. Zawalił się, gdy zaczęła topnieć. Oczywiście powszechnie wiadomo, że Polacy powinni kochać Rosję i troszczyć się o wieżowce na Syberii, chyba dla żartu stawiane na lodzie.

Uczniowie kręcą głowami z niedowierzaniem, gdy opowiada, jak wiele pozytywnych skutków ocieplenia klimatu wymieniają Szwedzi. – Np. Bałtyk będzie ciepły jak Morze Śródziemne, więc rozkwitnie turystyka. Albo brak śniegu. Oni już się cieszą, że zaoszczędzą na konstrukcjach dachów. Natomiast uczniowie w ogóle się nie cieszą, bo najwyraźniej uwielbiają wydawać krocie na dachy i kąpać się w morzu, które rzadko ogrzewa się do siedemnastu stopni.
Swoją drogą przykład ten pokazuje, jak ważny jest dobór terminów nowomowy. Gdy próbowano mi w szkole podstawowej wmówić konieczność walki ze “zmianami klimatycznymi”, nazywały się one “efektem cieplarnianym”. Niestety, to sformułowanie brzmi dość naukowo, jak jakiś efekt fotoelektryczny. Ktoś mógłby się w związku z tym pokusić o użycie mózgu w jego okolicy – jeżeli jest efekt, to jest też pewnie przyczyna, mechanizm i w ogóle za dużo rzeczy, o których można by myśleć. Aby tego uniknąć wprowadzono lepiej pasujące do prostego dogmatu miano “globalnego ocieplenia”. Było ono używane jeszcze całkiem niedawno. Okazało się jednak kojarzyć całkiem przyjemnie – normalni ludzie lubią, jak jest im ciepło. Zostało zatem zastąpione “zmianami klimatycznymi”. Te ostatnie zostaną chyba na dłużej. W końcu zmiana to, jak wiadomo, coś naprawdę przerażającego.

- A ja boję się o ptaki! – mówi Martyna z Nowego Tomyśla. – Nie miałam pojęcia, że łabędź niemy już nie odlatuje na zimę do ciepłych krajów. U nas ma gdzie żyć, bo zimą nasze jeziora już nie zamarzają. Te problemy z klimatem widać nie tylko w telewizji, ale też wokół nas.
Ja tam na miejscu takiego łabędzia bym się pewnie cieszył, że nie muszę dwa razy do roku zapierniczać parę tysięcy kilometrów. Ale dla panny Martyny to problem. Czym jej biedne łabądki zawiniły, że chce je tak męczyć?

I na kóniec perełka:
Konkurs na najciekawszy projekt wygrały uczennice z Nowego Tomyśla. Chcą, by ich miasto nagradzało tych mieszkańców, którzy foliówki zamienią na kosze wiklinowe.
Za co nagradzać należy młodych? Za entuzjastyczne poparcie dla socjalizmu i znajdywanie nowych, jeszcze bardziej bezsensownych zastosowań dla zrabowanych obywatelom pieniędzy!

Skoro już o pieniądzach mowa, bardzo ciekawi mnie, kto za imprezę na siedemset osób w nietanich pomieszczeniach MTP zapłacił. Tego w artykule nie znajdziemy, ale mam dziwne wrażenie, że ja.

To znaczy, przepraszam, Budżet Państwa i Fundusze Unijne. Jak miło z ich strony.

* – przy czym słowem “Winiary” określa się obecnie nie wzgórze, którego nazwa ta pierwotnie dotyczyła (dziś znane jako Cytadela), lecz miejsce, w które przesiedlono mieszkańców owego wzgórza, gdy Prusacy postanowili zbudować tam twierdzę

Pecunia non olet

Opublikowany w Posnania @ 4:02 pm - autor: iulius

sobota, 18 października 2008
Pecunia non olet
Policja z Wrześni, nie zważając na najlepsze tradycje gospodarcze Wielkopolski, zadała ciężki cios okolicznemu rolnictwu. W Osowie zlikwidowała mianowicie plantację konopi indyjskich, z których można by wyprodukować marihuanę o wartości rynkowej circa trzech milionów złotych. Przejęte krzaki zostaną wkrótce, jak zwykle w takich przypadkach, spalone w całości, bez żadnego pożytku.

Pomijając już nawet irracjonalność zakazu korzystania z narkotyków, a zupełnie nieszkodliwej marihuany w szczególności, trudno zrozumieć straszliwe marnotrawstwo, jakiego dopuszcza się Rzeczpospolita. Za trzy miliony złotych można kupić czołg, zbudować spory kawałek drogi albo szkołę. Można pozwolić te pieniądze rozkraść urzędnikom – przynajmniej bogactwo zostanie w narodzie. W ostateczności (choć to zdecydowanie najgorszy wybór) można tysiącowi biednych dzieci zapewnić całoroczne wyżywienie. Nie trzeba do tego wprowadzać towaru na rynek krajowy, w Holandii z pewnością znalazłby się kupiec. Ale nie, lepiej, żeby poszło z dymem.

Czy nig już tutej nie myśli po wielkopolsku?

08.28.08

O, via carissima!

Opublikowany w Posnania tagged , , @ 10:17 pm - autor: iulius

czwartek, 28 sierpnia 2008

Ponoć już we wrześniu rozpocznie się remont ulicy Winogrady w Poznaniu. I to nie byle jaki! Już wkrótce (to znaczy za ponad rok) znajdzie się tam na przykład “cichy asfalt” zmniejszający hałas. Będą też ścieżki rowerowe (z pewnością wyłożone czerwonym pozbrukiem) i nowe przystanki tramwajowe, tak sprytnie skonstruowane, że gdy bimba się na nich zatrzyma, zatamuje wszelki ruch, co pasażerom zagwarantuje – najważniejsze przecież w życiu – bezpieczeństwo.

Gdy przeczytałem o tym w gazecie, radość ogarnęła mnie niezmierna. Winogradami bowiem, przy okazji spacerów na Cytadelę, chodzę lub jeżdżę średnio dwa razy w tygodniu. Dobrze jest usłyszeć, że nasze najdroższe władze miejskie tak zadbają o to nieco na uboczu położone miejsce! Ale że znam się ździebko na matematyce, a na budownictwie już nie, zamiast pozostać w niemym zachwycie nad mieszankami bitumicznymi i ekranami akustycznymi zacząłem liczyć.

Koszt budowy ma wynieść 100,5 milionów złotych. Przy około dwóch kilometrach długości ulicy, daje to jakieś 50 tysięcy złotych za metr. Ten wynik jakoś nie zwiększył mojej radości. Co prawda nigdy żadnej drogi nie budowałem, ale wydało mi się, że to dużo. No, ale w końcu mówimy o inwestycji w wielkim, bogatym mieście – jakby policzyć, ile to kosztuje pojedyńczego Poznaniaka, okaże się, że jakieś drobiazgi. Z pewnością nas stać.

No i, nierozważnie, policzyłem. Zaokrąglając dla ładnego rachunku liczbę ludności miasta do pół miliona, dowiadujemy się, że każdy z nas zapłaci dziesięć groszy za metr ulicy. Nieźle. Zaraz, ile tych metrów było? Dwa tysiące? Nie, czyżbyśmy mieli wydać na Winogrady po dwieście złotych? A jednak, liczby się zgadzają. Tylko znowu coś sporo wyszło. Nawet ja, choć, jak już mówiłem, z ulicy tej korzystam często, dwustu złotych bym na jej remont nie dał. A tym bardziej nie dałyby zapewne moje sąsiadki, starsze panie, które żyją sobie spokojnie na Jeżycach, a na Winogradach bywają raz na dziesięć lat.

Owszem, miło mieć porządne ulice. Tylko ta cena – czy naprawdę nie da się taniej? Cały czas nad tym rozmyślając, natknąłem się w pewnej gazecie na artykuł o Gazpromie, który da kujawskiej gminie Tłuchowo 350 tysięcy złotych na wyasfaltowanie około 450 metrów drogi. Oczywiście, jakaś tam tłuchowska droga nie będzie mogła się równać z naszymi Winogradami. Nic dziwnego, że powstanie za dziesięć czy nawet piętnaście razy mniejsze pieniądze.

Ale, ale – 450 metrów za 350 tysięcy to mniej niż osiemset złotych za metr. Jakieś sześćdziesiąt pięć razy taniej niż u nas. Cóż, nieważne. My jesteśmy metropolią, bardzo potrzebujemy cichego asfaltu, bezpiecznych przystanków i ścieżek rowerowych. I nie ma absolutnie nic dziwnego w tym, że zafundujemy je sobie za sześdziesięciopięciokrotność ceny normalnej drogi. Zwłaszcza, że wykonawcę wybrano w przetargu, do którego przystąpiło całe jedno konsorcjum. To właśnie jest normalne w demokratycznie rządzonym mieście.

08.11.08

Magistri Sarmatice loquendi

Opublikowany w Polonia, Posnania @ 10:50 am - autor: iulius

sobota, 26 lipca 2008

Nazistowskiego wy ducha wypierdy,
mamidła z wąsikiem, marionetki!
Nie wyjdzie stąd żywa
psiajucha parszywa!
Kurwa wasza faszystowska mać!

(Lao Che, 1939/Przed burzą)

Pokutuje w narodzie przekonanie, że język polski trudny jest. Potrzeba – sądzą ludzie, pamiętając doświadczenia szkolne i słuchając uważnie wykształconych pań i panów dziennikarzy – nie lada eksperta, by po polsku coś poprawnie powiedzieć. Co to znaczy “poprawnie”? Możemy się przekonać, czytając wypowiedzi kandydatów do tytułu “Mistrza Mowy Polskiej”.

Pierwszy z nich, pan Zbigniew Grochal, chce “być bogacicielem języka”. Aby bogacicielić język, pragnąłby pozbyć się zeń “strasznie brzydkiego słowa, plugawego, ohydnego. Słowa zajebiście. Gdybym miał coś piętnować w szczególny sposób, użyć narzędzia do wypalania, to słowo bym właśnie z języka wypalił.” Uzasadnia tę myśl, nieświadom najwyraźniej, że już go zawczasu “Włatcy móch” sparodiowali, tak: “jest w polszczyźnie co najmniej kilka lepszych określeń: cudownie, rewelacyjnie, wspaniale, ekscytująco, zdumiewająco, nie z tego świata”. Młodej parze natomiast pan Grochal życzyłby, “żeby im się w życiu pleniło”. Nie sprecyzował, co ma się plenić – zielsko może, na ten przykład?

Po takim wstępie od wypowiedzi następnego Mistrza in spe, pana Sławomira Pietrasa, ździebko wieje nudą. Tu godny uwagi jest dopiero fragment z jego życzeniami. Otóż pan Pietras chciałby, żeby w każdym polskim domu była biblioteka, dobra prasa i czas na “wtapianie w tę atmosferę kolejnych młodych pokoleń.”

Skoro już się tak zajebiście wtopiliśmy, czas przejść do pana Stefana Stuligrosza. Na pytanie “A potrafi powiedzieć pan coś brzydko? Na przykład, gdy poniosą emocje?” słynny dyrygent udziela takiej repliki: “Jeśli coś postrzegam, nie denerwuję się, a staram się, jak moja Barbarka mnie nauczyła: zamilczeć”. Nie – brońcie bogowie! – zamilknąć. Zamilczeć. Bo jakby zamilknąć zamiast zamilczeć, to ktoś mógłby się postrzec.

Widzimy więc, że dla zdobycia laurów w dziedzinie poprawności językowej, mówić należy wzniośle i niezrozumiale. Jak, nie przymierzając, ksiundz na mszy. Przypuszczam, że właśnie tam leży źródło owej “poprawnej” polszczyzny. Kapłani, którzy tworzonym przez się sztucznym językiem ubogacają własny autorytet i zwiększają dystans dzielący ich od parafialnej tłuszczy, wyznaczyli wzorzec mowy, przyjęty teraz przez ogół. Być może to sprawa braku innej elity – jeśli nie mieliby wysłuchać jej od księży, Polacy musieliby chyba wyczytać polszczyznę idealną w “Gazecie”, pośród “filozofek” i “tematyki queer”. Trudno powiedzieć, czy byłoby to lepsze od języka mszy.

Tak czy inaczej, takie wzorce mowę ojczystą mogą tylko wzbogacicielić. Nie wzbogacą jej tak, jak to uczyniło “Powstanie Warszawskie” Lao Che; najlepsza poezja, jaką w ostatnich latach po polsku stworzono, patriotyczna jak mało co dotąd, od stóp po czubek papierosa. Słowa nie recytowane na akademii ku czci, a wykrzykiwane przez żywego człowieka. Żyjące i silne.

Członkom zespołu tytułu mistrzowskiego w polszczyźnie nikt nie przyzna. Bo oni śpiewają “brzydko”. I głupio by było szacownym gremiom przyznać, że wychodzi im to zajebiście.

Następna strona