04.10.09

Nunc est iocandum

Opublikowany w Historia, Polonia, Posnania @ 8:32 pm - autor: iulius

poniedziałek, 30 marca 2009
Nunc est iocandum
Znów rozgorzał spór o przeszłość pewnego elektryka, przez grupę ludzi mądrzejszych od siebie wyniesionego kiedyś do rangi symbolu. Spór, dodajmy, mało dla mnie interesujący; fakt współpracy owego człowieka z SB uważam za bezsporny, ale nie znam żadnych powodów, by się dziś tym faktem – czy, po prawdzie, jakimkolwiek faktem z życia tego człowieka – przejmować. Szkoda czasu. Lepiej zająć się sztuką z epoki. Przed Państwem poznański kabaret Tey, z Poznania:

Monarchia

Opublikowany w Polonia, Varia @ 8:31 pm - autor: iulius

niedziela, 22 marca 2009
Monarchia
Stali czytelnicy wiedzą, że rzadko zajmuję się tu kwestiami natury ogólnej. Najczęściej komentuję konkretne przypadki, nieraz – konkretne doniesienia medialne. Ktoś mógłby nabrać przez to błędnego przekonania, że zależy mi tylko na mniejszych lub większych poprawkach do obecnego systemu polityczno-gospodarczego. Zamieszczam tu te drobne propozycje, bo lubię rozwiązania rzeczywistych problemów. To jednak nie oznacza, że przez poprawę Rzeczypospolitej rozumiem tylko łatanie pojedyńczych dziur. Wręcz przeciwnie – sądzę, że państwo polskie wymaga przebudowy całkowitej, fundamentalnej, po której mało co zostanie w postaci takiej jak dziś.

Zajmijmy się więc tym razem dla odmiany tematem zupełnie podstawowym: organizacją władzy państwowej.

Wyjdziemy od dwóch założeń, z których pierwsze powinno być uznane za słuszne przez wszystkich bez względu na poglądy, drugie zaś przez każdego zwolennika wolnego rynku:

1) Instytucja mała działa sprawniej od analogicznej instytucji dużej.
2) Instytucja prywatna działa sprawniej od analogicznej instytucji publicznej.

Choć są to rzeczy zupełnie oczywiste, podajmy dla porządku uzasadnienia.

Instytucja mała działa sprawniej od dużej dlatego, że przywódca może ją lepiej nadzorować. Szybciej dostrzegane są powstające problemy, a część tych wynikających z samowoli podwładnych w ogóle nie powstaje. Łatwiej też zaadaptować się do nowej sytuacji. Rzecz jasna, zasada zawodzi w przypadku instytucji zbyt małej, by w ogóle wykonywać postawione przed nią zadania.

Powód przewagi instytucyj prywatnych nad publicznymi jest powszechnie znany: to odpowiedzialność właściciela, która motywuje do jak najlepszych decyzyj. Kto zarządza własnym majątkiem, będzie zawsze postępować najskuteczniej jak potrafi. Zarządca cudzej własności nigdy nie ma do tego równie silnej motywacji, a może nawet mieć powody, by świadomie postępować źle – na przykład wtedy, gdy ma okazję coś właścicielowi ukraść. Na marginesie dodajmy, że istnieją instytucje formalnie prywatne, które jednak nie spełniają tej zasady, bo nie mają rzeczywistego właściciela. Są to na przykład spółki akcyjne.

Założenia te są prawdziwe dla dowolnej instytucji, także dla państwa. Widać od razu, że współczesna Rzeczpospolita Polska ich nie spełnia. Nie ma nikogo, kto mógłby się czuć jej właścicielem, a gdyby nawet miała, nie mógłby zarządzać nią skutecznie ze względu na wielki rozmiar administracji koniecznej dla terytorium zamieszkanego przez niemal czterdzieści milionów ludzi. Sądzę, że by państwo tej wielkości mogło funkcjonować, potrzeba może nawet kilku tysięcy urzędników. Nikt nie potrafiłby dopilnować działań takiego tłumu.

Jak wobec tego powinien wyglądać ustrój Polski, jeśli miałby on spełniać powyższe założenia?

Przede wszystkim, państwo musi mieć jednego władcę. Dyktatura może się sprawdzić podczas życia swojego twórcy, ale łatwo upada po jego śmierci. Przykładem jest tu Hiszpania, która pogrążyła się w demokracji, gdy tylko umarł Franco. W perspektywie czasowej dłuższej niż kilkadziesiąt lat konieczna jest monarchia, i to monarchia dziedziczna. Dynastia nie tylko zapewni stabilność rządów, ale też sprawi, że każdy kolejny władca będzie brał pod uwagę przyszłość państwa wykraczającą poza czas jego życia – wszak władzę odziedziczy jego rodzina.

Jak widać, ustrój monarchiczny wynika wprost z drugiego założenia. Liberalizm bez monarchizmu to pogląd wewnętrznie sprzeczny.

Pozostaje jeszcze kwestia ograniczenia rozmiaru instytucyj władzy do takiego, by można było sprawnie zarządzać. Oczywiście nie może być mowy o zmniejszeniu terytorium – postawy samobójcze zostawmy pacyfistom i innym lewakom. Nic natomiast nie stoi na przeszkodzie, by państwo podzielić na samorządne byty polityczne. Nawet dziś istnieją “samorządy” i, choć mają zdecydowanie za małe kompetencje, działają – zwłaszcza te gminne – stosunkowo dobrze. Nic zresztą dziwnego – wynika to wprost z naszego pierwszego założenia.

Również na tym niższym poziomie działa zasada druga, zatem tu też powinniśmy przyjąć władzę monarchów. Ilu powinno ich być? Odpowiedź jest prosta: tylu, by władca całości mógł nadzorować ich osobiście. Możemy nazywać ich xiążętami, zaś władcę związkowego państwa królem. Warto tu się zastanowić, które kompetencje należy zarezerwować dla króla. Są to te sprawy, w których duży może więcej, czyli przede wszystkim wojsko i polityka zagraniczna. Do tego należy dodać czuwanie nad jednością Rzeczypospolitej. Król powinien rozstrzygać spory między xiążętami i pilnować, by nie ograniczali swobody przepływu ludzi i towarów. Xiążęta zajmowaliby się całą resztą, a więc na przykład prawem karnym. Konkurencja zmuszałaby ich do prowadzenia rozsądnej polityki, w szczególności utrzymywania mało uciążliwych podatków.

Taki ustrój – federalna monarchia – byłby sprawniejszy tak od obecnego, jak i od różnych półśrodków w rodzaju demokratycznej federacji czy scentralizowanej monarchii. Czy byłby idealny? To już zależy od szczegółów. Będę więc nadal zajmował się tu szczegółami. Niektórzy powiedzą, że ideału w ogóle nigdy nie da się osiągnąć.

I tylko ci nie osiągną go na pewno.

Lupo ovem commisisti

Opublikowany w Polonia @ 8:28 pm - autor: iulius

wtorek, 10 marca 2009
Lupo ovem commisisti
Co jest w Polszcze największym utrudnieniem dla wolnej konkurencji? Państwo, oczywiście – tyle wie każdy. To jednak nie przeszkadza temu właśnie państwu posiadać instytucji, która w swych założeniach – uwierzycie, przepraszam za wyrażenie, Państwo? – odpowiada za ochronę konkurencji. Nazywa się toto UOKiK i działa w ten sposób, że wynajduje sobie coraz to nowe firmy i przeszkadza im w pracy oskarżeniami o “zmowy cenowe” i inne satanistyczne obrzędy.

Spójrzcie tylko na dzisiejsze przykłady:
UOKiK nie odpuści bankom widełek
Play i Plus zawarły niedozwolone porozumienie?

Dobrowolna umowa pomiędzy bankiem a jego dłużnikiem czy dwoma firmami w oczach urzędu stanowi działanie mroczne i destrukcyjne, gdzieś z pogranicza porachunków mafijnych. Jak zawsze, głupocie urzędników z radością przyklaskują dziennikarze. Ci to w ogóle najbardziej by się ucieszyli, jakby przywrócono ład i porządek sprzed trzydziestu lat, kiedy żaden wredny prywaciarz nie prześladował ludu pracującego.

Cały pomysł państwowej ochrony konkurencji jest zbyt kretyński, by komentować go w sposób poważny. Niech więc wystarczy wierszyk:

W pewnym mieście dwie piekarnie
stały, zarabiając marnie.
Aż właściciel jednej z nich
genialny obmyślił knyf.
Ceny dość obniżył znacznie
i jak się bogacić zacznie!
Każdy chodził doń po bułki,
życie piekarz miał jak z górki.
Drugi, coby wnet nie zbańczyć
też wprowadził towar tańszy.
Ceny zrównał z konkurentem,
dla klientów na zachętę.
Dobrze żyło się w tym mieście,
lecz gdy dni minęło dwieście
przyjechali inspektorzy.
Patrzą, a tu dopust boży:
zawarta, by prześladować,
piekarska z m o w a c e n o w a!
Firmy obie więc zamknęli,
a piekarze siedzą w celi.
Dzisiej w mieście niéma bułek,
interesów nikt nie kręci.
Inspektorzy szepczą czule:
ochronilim konkurencję!

03.10.09

Libertas servitudo est

Opublikowany w Orbis, Polonia @ 12:41 pm - autor: iulius

niedziela, 08 marca 2009
Libertas servitudo est
Swoboda przepływu towarów i usług – czyż to nie brzmi pięknie? Idea czysto liberalna, dobra, pożyteczna idea, o której realizację walczył Smith w wieku osiemnastym, walczył Bastiat w dziewiętnastym, a dziś jeszcze daleko do jej realizacji. Ale wiele już zrobiono. Czyż nie po to powstały Wspólnoty Europejskie, by cały zachód kontynentu mógł handlować bez przeszkód?

Okazuje się, że nie.

Komisja Europejska (radzę najsampierw dowiedzieć się od p. Farage’a, co to za wesołe towarzystwo) uznała że firma Apple narusza reguły konkurencji. Naruszenie polega na tym, że klientom z różnych krajów jej sklep internetowy oferuje różne produkty. Przykładowo, osoba posługująca się polską kartą kredytową nie może ponoć kupić muzyki i filmów. Uprzedzam od razu Czytelników, że nie warto mnie pytać, co za kretyni kupują to, co można za darmo ściągnąć z P2P. Nie wiem. Podejrzewam, że ci sami, którzy uważają integrację europejską za dobry pomysł.

Z normalnego punktu widzenia problem nie istnieje. Sklep nie chce czegoś sprzedawać – jego strata. A raczej zysk, bo skoro nie sprzedają, to widać policzyli sobie, że im się nie opłaca. Jeśli może się opłacać, znajdzie się ktoś inny i wzbogaci się tam, gdzie konkurent się poddał.

Ale Komisja Europejska – i chór adorujących ją lewaków – ma własny punkt widzenia. Pojęcia eurosocjalistów różnią się od używanych przez normalnych ludzi. Tu “swobodą” nazywa się przymus. Towary i usługi muszą przepływać po całym wspólnym rynku równomiernie. Nieważne, czy to się opłaca przedsiębiorcom – wizja komisarzy jest ważniejsza niż kalkulacja ekonomiczna.

Wolność to niewola. Pamiętajmy te słowa – wyrażają one prawdziwy ideał Unii Europejskiej.

De pueris educandis, pars tertia

Opublikowany w Polonia, Varia @ 12:40 pm - autor: iulius

czwartek, 05 marca 2009
De pueris educandis, pars tertia

Komentarza nie wymaga.

02.18.09

Vectigalia nervi sunt rei publicae

Opublikowany w Polonia @ 8:10 pm - autor: iulius

czwartek, 29 stycznia 2009
Vectigalia nervi sunt rei publicae
Wszyscy wiemy, że wydatki państwa i podatki trzeba obniżyć. To jednak dość ogólne stwierdzenie, zaś wiedza o tym, co i o ile obniżać, dla praktycznych celów politycznych musiałaby być dość dokładna. Pomóżmy zatem naszemu kochanemu rządowi i przyjrzyjmy się ustawie budżetowej na rok 2009. Co można w niej zmienić?

Zacznijmy od planowanych rozchodów.
Wszystkie dane za stroną ministerstwa finansów, w tysiącach złotych.

Wydatki socjalistyczne, z całą pewnością zbędne, a wynikające z istnienia państwowego systemu redystrybucji:
Pomoc społeczna 12 620 854
Pozostałe zadania w zakresie polityki społecznej 2 776 696
Razem: 15 397 550

Wydatki etatystyczne, z całą pewnością zbędne, a wynikające z prowadzenia przez państwo działalności, którą powinny zajmować się przedsiębiorstwa prywatne:
Rolnictwo i łowiectwo 12 060 529
Rybołówstwo i rybactwo 122 026 (wiedzieliście-li, że istnieje takie słowo jak “rybactwo”? pouczająca lektura)
Górnictwo i kopalnictwo 443 720 (znów, dowiadujemy się, że jest coś takiego jak kopalnictwo i nie jest to ono tożsame z górnictwem; fascynujące!)
Przetwórstwo przemysłowe 1 499 274
Handel 898 522
Turystyka 45 331
Gospodarka mieszkaniowa 1 473 052
Działalność usługowa 738 550
Hotele i restauracje 22 000
Informatyka 200 663
Kultura fizyczna i sport 289 430
Razem: 17 793 097

Całkowicie zbędne razem: 33 190 647

Wydatki w zasadzie należące do dwóch powyższych kategoryj, dla których jednak można znaleźć jakieś uzasadnienie:
Transport i łączność 14 477 455
Nauka 4 551 604
Oświata i wychowanie 1 471 825
Szkolnictwo wyższe 11 447 325
Edukacyjna opieka wychowawcza 252 075
Razem: 32 200 284

Wydatki administracyjne, w jakimś zakresie konieczne, lecz dające się zapewne bez negatywnych skutków dla społeczeństwa obciąć o jakieś 90%:
Administracja publiczna 10 738 779
Urzędy naczelnych organów władzy państwowej, kontroli i ochrony prawa oraz sądownictwa 1 919 275
Razem: 12 658 054

Częściowo zbędne razem: 44 858 338

“Ubezpieczenia” socjalne i “bezpłatna” służba zdrowia – kategoria osobna, bo system emerytalny i zdrowotny są częściowo niezależne od budżetu i trudno rozważać tylko ich fragment:
Obowiązkowe ubezpieczenia społeczne 64 642 138
Ochrona zdrowia 4 620 237
Razem: 69 262 375

Dług publiczny i wydatki niezidentyfikowane:
Obsługa długu publicznego 32 740 856
Różne rozliczenia 96 263 537 (najwyższa pozycja w całym zestawieniu; ktoś coś mówił o przejrzystości?)
Dochody od osób prawnych, od osób fizycznych i od innych jednostek nieposiadających osobowości prawnej oraz wydatki związane z ich poborem 316 000
Razem: 129 320 393

Pomijane w dalszych obliczeniach razem: 198 582 768

Wydatki prawdopodobnie konieczne, tj. na bezpieczeństwo, sądownictwo oraz ochronę środowiska i dziedzictwa:
Gospodarka komunalna i ochrona środowiska 586 099
Kultura i ochrona dziedzictwa narodowego 1 601 946
Ogrody botaniczne i zoologiczne oraz naturalne obszary i obiekty chronionej przyrody 103 448
Bezpieczeństwo publiczne i ochrona przeciwpożarowa 14 173 301
Wymiar sprawiedliwości 9 839 247
Obrona narodowa 18 256 786
Leśnictwo 28 532
Razem: 43 090 861

Suma wydatków: 321 221 112

Wiemy już, ile i na co państwo wydaje. A ile zarabia?

Dochody podatkowe i niepodatkowe 269 433 341
1. Dochody podatkowe 251 434 200
1.1. Podatki pośrednie 178 064 000
Podatek od towarów i usług 118 590 000
Podatek akcyzowy 58 110 000
Podatek od gier 1 364 000
1.2. Podatek dochodowy od osób prawnych 33 120 000
1.3. Podatek dochodowy od osób fizycznych 40 250 000
1.4. Podatek tonażowy 200
2. Dochody niepodatkowe 17 999 141
2.1. Dywidendy 3 351 100
2.2. Cło 2 032 000 (zauważmy, że według ministerstwa finansów cło nie jest podatkiem! urzędnikom najwyraźniej wydaje się, że to dobrowolne datki handlarzy składane z miłości ku państwu)
2.3. Dochody jednostek budżetowych 9 022 517
2.4. Pozostałe dochody niepodatkowe 785 000
2.5. Wpłaty jednostek samorządu terytorialnego 2 702 037
2.6. Dochody zagraniczne 106 487

Środki z Unii Europejskiej i z innych źródeł niepodlegające zwrotowi 33 601 464

Deficyt budżetowy : 18 186 307 (jakby ktoś nie wiedział: długi, które rząd w trosce o nas wszystkich zaciąga w naszym imieniu; 51 787 771, licząc razem z poprzednią pozycją)

Zacznijmy więc wnosić poprawki. Jeśli zrezygnujemy z socjalizmu i etatyzmu (tylko częściowo, bo “ubezpieczenia” zdrowotne i socjalne zostawiamy do późniejszego rozważenia), zaoszczędzić można 33 190 647 tysięcy złotych. To wystarczy, by – do wyboru – uniezależnić się od UE lub zlikwidować deficyt i jeszcze o 15 004 340 tysięcy złotych obniżyć dochody państwa. To dość, by o mniej-więcej połowę obniżyć podatek dochodowy od osób prawnych.

Poszukajmy dalszych oszczędności. Jeśli założymy, że – z tym się chyba wszyscy zgodzą? – wydatki administracyjne spokojnie można zredukować o 90%, zyskamy jakieś 11 392 249 tysięcy złotych. Zmniejszmy jeszcze finansowanie szkolnictwa wyższego (vide: niedawny wpis) do 50% stanu obecnego – 5 723 663 tys. zł. – i mamy łącznie 17 115 912 na obniżkę podatków. Wystarczy z grubsza na to, by zlikwidować dział “dochody niepodatkowe”, co jest o tyle ważne, że wydatki etatystyczne są w jakimś stopniu związane z dywidendami i “dochodami jednostek budżetowych”, więc tych pozycyj i tak nie moglibyśmy wpisać w całości po stronie dochodów.

Duża zmiana? Nie, carissimi, minimalna. Bo nie ruszyliśmy jeszcze 96 263 537 tys. “różnych rozliczeń” ani 69 262 375 tys. dopłaty do obowiązkowych “ubezpieczeń”. ZUS, KRUS NFZ i tym podobne pozostają w ogóle nieruszone. W tej symulacji emerytury się nie zmieniają, szpitale, przychodnie, poczta i kolej pozostają państwowe, szkoły działają jak działały. Państwo realizujące taki budżet dalekie by jeszcze było od liberalizmu. A jednak te drobne poprawki to dość, by przestać się zadłużać (lub zrezygnować z eurojałmużny), oddać mnóstwo własności w ręce prywatne, z podatków zaś CIT zmniejszyć o pięćdziesiąt, cło o sto procent.

Wyobraźmy sobie prawdziwą reformę. Prywatyzację wszystkiego, co się sprywatyzować da, likwidację ubezpieczeń przymusowych i spłacenie całego długu. To trudne, ale w perspektywie kilkunastu lat możliwe. Przy obecnym poziomie finansowania tego, co finansować warto, budżet mógłby zostać ograniczony do jakichś sześćdziesięciu miliardów złotych rocznie. Półtora tysiąca od obywatela na rok i żadnego innego podatku, żadnego VAT-u, PIT-u, CIT-u, akcyzy.

Powiecie, że upraszczam. Macie rację. Gdyby przeanalizować budżet bardziej szczegółowo, można by znaleźć dużo więcej oszczędności.

01.02.09

Possumus et debemus

Opublikowany w Polonia, Posnania @ 4:11 pm - autor: iulius

piątek, 02 stycznia 2009
Possumus et debemus
Dwudziesty siódmy grudnia, obchody dziewięćdziesiątej rocznicy wybuchu V Powstania Wielkopolskiego. Poznań, Plac Wolności. Widowisko przygotowane przez Bajona ma się ku końcowi. Nie zachwyca, nie robi takiego wrażenia, jak pięćdziesiąta rocznica Czerwca przed dwoma laty, ale trzyma pewien poziom. Paderewski, flagi, walki powstańcze, pochód różnych Marcinkowskich, Drzymałów, Wawrzyniaków i tym podobnych dzieci wrzesińskich, źli Prusacy wyłażący z pikelhauby – wiadomo, kicz, rzecz dla ludu, ale nadal jak trzeba, patriotycznie. Zaczęło się psuć z niewiele mającą z tematem wspólnego recytacją Olbrychskiego. Sam wielki finał jednak, kulminacyjny moment, przerósł oczekiwania. Z głośników rozbrzmiała Oda do radości, a na telebimach pokazano, jak się Polak z Niemcem w osobach Mazowieckiego i Kohla po…bratali.

Pierwszy raz widziałem święto narodowe potraktowane w ten sposób. Był sobie zabór, było powstanie, a morał z tego taki, że kochamy Unię Europejską. Ale w sumie należało się tego spodziewać, w końcu Unię mamy dziś wszędzie. Unia dołożyła mi się do dekodera telewizji cyfrowej, choć jej o to wcale nie prosiłem.

Unia dba bowiem o innowacyjność. To znaczy: nakazała w ciągu kilku lat zlikwidować całkowicie normalną telewizję i wymienić ją na cyfrową. Bo jest nowsza, a więc lepsza, czy to się ludziom podoba, czy nie.

A jeśli pijemy w Poznaniu zdrową wodę, to też tylko i wyłącznie dzięki Unii. Wdzięczne są jej za to dzieci ze szkół podstawowych. Tego w każdym razie mogliśmy się dowiedzieć z plakatów wiszących niedawno na przystankach MPK.

Plakaty dotyczą projektu “oczyszczanie ścieków i dostawa wody dla miasta Poznania”. Projekt “przyczynia się do zmniejszania różnic społecznych i gospodarczych pomiędzy obywatelami Unii”. Najwyraźniej zanim dobra Unia nie przyszła, wodę mieszkańcy miasta brali z kałuż, a ścieki spływały ulicami.

Unia bardzo się stara, byśmy wszędzie, nawet na suwmiarkach w uczelnianym laboratorium, widzieli jej symbole. Wydaje na reklamę trzy miliardy euro rocznie, więcej niż Coca-Cola.

Wszystko po to, byśmy myśleli, że Unia daje nam w prezencie jakieś ogromne sumy pieniędzy. Tak jednak nie jest. Nawet jeśli zrezygnujemy z liczenia wszystkich kosztów związanych z dotacjami i spojrzymy wyłącznie na gołe liczby, okaże się, że Polska wpłaca do Unii więcej niż z niej dostaje!

Ale może Unia ma jakieś inne zalety, które równoważą stratę pieniędzy? Pomyślmy. Z czego zwolennicy UE są zwykle najbardziej dumni, co uważają za jej zaletę? Silną gospodarkę? Wolne żarty, wzrost PKB w Unii trzyma się w okolicach zera i gdyby nie kraje takie jak Polska, gdzie jest on kilkuprocentowy, średnia już dawno wyszłaby ujemna. Może powinniśmy patrzeć mniej materialistycznie, może kluczowym atutem UE jest demokratyczny ustrój? Jeśli nawet ktoś popiera demokrację, w Unii jej nie znajdzie. Irlandczycy w referendum jasno powiedzieli, że żadnego traktatu lizbońskiego nie chcą. Teraz referendum będzie powtórzone, bo tak chce Bruksela. A jeśli traktat znów przegra, “demokratyczna” procedura będzie zapewne powtarzana do skutku. To i tak nieźle, bo u nas referendum ani w sprawie traktatu, ani wprowadzenia euro w ogóle nie będzie. Bezpieczeństwo socjalne? W strefie euro, do której tak koniecznie musimy przystąpić, rekordowo niska stopa bezrobocia z początku zeszłego roku to 7,1%. W Wielkopolsce mamy 5,8%, w samym Poznaniu 1,6%.

Nic zresztą dziwnego, że Unia nie bardzo ma się czym pochwalić. Jej polityka gospodarcza to dokładne przeciwieństwo zasad wolnego rynku. Państwom członkowskim nie wolno obniżać podatków poniżej ustalonych w Brukseli poziomów. Każdy przedsiębiorca w Unii – od rolnika czy sprzedawcy oscypków po producenta samochodów – musi też przestrzegać wymyślonych tam norm. Jeśli wyprodukuje więcej mleka niż pozwala Unia, sprzeda oscypek w niedozwolonej porze roku czy zbuduje samochód inaczej niż według urzędniczych wytycznych, zostanie ukarany grzywnami, a nawet więzieniem.

Zatem kraj na członkostwie w UE zdecydowanie traci. Logiczne byłoby więc wystąpienie z tej organizacji. Wielu ludzi jednak sądzi, że im osobiście Unia pomaga. Mogą na przykład pracować w Londynie, jechać bez paszportu na wakacje w słowackich Tatrach czy studiować we Frankfurcie. Pomijam fakt, że takie korzyści mogłyby wynikać z dwustronnych umów między krajami i nie trzeba do tego specjalnego parlamentu ani komisji w Brukseli. Zwróćmy uwagę, że o ile człowiek zyskuje na UE, to tylko jako obywatel państwa członkowskiego, nie jako mieszkaniec terytorium do UE należącego. Obywatel Rzeczypospolitej zamieszkały na stałe w neutralnej Szwajcarii czy Stanach Zjednoczonych mógłby korzystać ze wszystkich tych udogodnień, o których myślimy jako o zaletach Unii.

Istnieje rozwiązanie, które pozwoliłoby pozbyć się problemów wynikających z członkostwa, natomiast zachować wszystkie atuty. Wielkopolska musi wystąpić z Unii Europejskiej, pozostając terytorium Rzeczypospolitej Polskiej. Jest to możliwe. Precedens stworzyła Grenlandia, która wystąpiła z UE, ale nadal jest częścią Danii.

W ten sposób pozbędziemy się władzy Brukseli nad Wielkopolską. Nikt już nie podyktuje rolnikowi spod Kościana, ile mleka ma dawać jego krowa. Na naszym terenie staną się możliwe potrzebne reformy gospodarcze, z obniżeniem podatków na czele. Będziemy mogli korzystać ze zwyczajnych żarówek, gdy wejdzie w życie unijny obowiązek kupowania droższych i mniej zdrowych dla oka “energooszczędnych”. I nikt już nie powie cukiernikom z Międzychodu, że są za mało wielkopolscy, żeby piec rogale marcińskie.

Zarazem Wielkopolanie pozostaną obywatelami polskimi. Zachowają prawo pracy w krajach UE, możliwość swobodnego podróżowania czy studiowania. Będziemy nadal mieli to wszystko, co stanowi rzeczywistą korzyść. Znikną tylko trudności i przeszkody narzucane przez europejski quasi-rząd.

Możemy i powinniśmy to zrobić. Co, Unia się nie zgodzi? Niemcy dziewięćdziesiąt lat temu też nie chcieli się zgodzić, by Wielkopolska podążyła własną drogą. Dziś będzie dużo łatwiej, dziś wystarczy zapewne walka polityczna. Przy odpowiedniej determinacji jesteśmy w stanie uczynić z Wielkopolski enklawę wolnego rynku, do której będą uciekać tłamszone biurokracją i podatkami firmy z całej Europy. Stać nas na to.

Zapraszam do dyskusji: http://wielkopolska.dyskutuj.com.

Oeconomia in actis diurnis

Opublikowany w Polonia @ 4:08 pm - autor: iulius

środa, 17 grudnia 2008
Oeconomia in actis diurnis
Media pełnią ważną funkcję edukacyjną. Można się z nich uczyć wielu rzeczy, chociażby ekonomii. I to zupełnie szczególnej. Czytając gazety możemy zdobyć takie wiadomości o funkcjonowaniu gospodarki, jakich nigdy nie znaleźlibyśmy u Smitha, Bastiata czy Misesa. Ba, nieraz bywa, że dowiemy się z nich czegoś wręcz przeciwnego niż z podręczników!

Spójrzmy na dzisiejszy tekst z Wyborczej:

Amerykańscy konsumenci tak spanikowali, że ekonomiści jak ognia obawiają się deflacji, czyli odwrotności inflacji. To zjawisko zabójcze dla aktywności gospodarczej, bo gdy wszystko tanieje, to przestaje się opłacać produkować, a najlepszą inwestycją są rządowe obligacje. Przykład najbardziej doświadczonego deflacją kraju, czyli Japonii, mówi, że piekielnie trudno rozruszać taką gospodarkę. Japonia walczyła z deflacją przez całą dekadę lat 90. Orężem były zerowe stopy procentowe, do czego zmierza Fed. Musi zdecydowanie ciąć stopy, bo walczy z czasem. Jeśli tani kredyt zachęci Amerykanów do zakupów, a firmy do inwestowania, to groźba wieloletniej stagnacji gospodarczej zostanie zażegnana.

Wszystko tanieje! Czy można sobie wyobrazić coś bardziej dla gospodarki zabójczego? Gdyby towary i usługi zaczęły tanieć, przestałoby się opłacać cokolwiek produkować. Nie opłacałoby się produkować chleba, bo ludzie przecież w takiej sytuacji przestaliby jeść. Nie opłacałoby się budować domów, bo w końcu w świecie spadających cen nikt nie chciałby już mieć dachu nad głową. Nawet gazety przestałyby wychodzić, bo w czasach deflacji nie tracono by czasu na czytanie kiepskich artykułów o ekonomii. Wszyscy pogrążyliby się w stagnacji i zainwestowali swoje pieniądze w jedyne, co by się jeszcze opłacało, to jest pożyczanie pieniędzy rządowi.

Na szczęście istnieje odpowiedź na to zagrożenie. Odpowiedź dająca tyle nadziei, że można ją opatrzyć zdjęciem Baracka Obamy. Otóż rząd może rozdawać za darmo kredyty. Darmowe pożyczki banku centralnego pozwolą przedsiębiorcom rozkręcić inwestycje, które w normalnych warunkach nie byłyby opłacalne. Jak wiadomo, wspieranie nieopłacalnych inwestycyj jest podstawowym warunkiem budowy silnej gospodarki. Trzeba to tylko zrobić szybko, żeby nie obudzić się, jak rząd Jego Cesarskiej Mości, z ręką w nocniku (czy czego tam Japońce używają).

Można by sobie zadać pytanie, jak by to wszystko wyglądało, gdyby rządy się do pieniądza, gospodarki, kredytu, deflacji, stagnacji i w ogóle sytuacji nie mieszały. Można by, gdyby nie kryzys, który przypomniał nam wszystkim, że wolny rynek nie jest rozwiązaniem. Dziś nikt poważny nie wierzy w dziki kapitalizm ani nie sprzeciwia się mądrej interwencji państwa.

To też przeczytałem w gazecie.

Doctor erroris causa

Opublikowany w Orbis, Polonia, Posnania @ 4:08 pm - autor: iulius

wtorek, 09 grudnia 2008
Doctor erroris causa
I znowu zobaczę, co nieraz widziałem
Że mędrcy przyznali znów laur akademii
Za dowód niezbity, że czarne jest białe
(J. Czech, Kataryniarz)

Był ponoć czas, gdy wydziały ścisłe uczelni wyższych stanowiły ostoję wolnej myśli. Wielokrotnie słyszałem opinie, że w PRL ludzie nieprzychylni systemowi wybierali studia z zakresu matematyki czy inżynierii, ponieważ w tych dziedzinach nie było takiej presji ideologicznej jak w przypadku filozofii, prawa czy historii.

Świat jednak się zmienia. Obecny eurokomunizm jest dużo wyższą formą rozwoju niż dawny komunizm sowiecki. Choć cele pozostały te same, metody stały się o wiele subtelniejsze. Tam, gdzie ZSRR potrzebował czołgów, UE wystarcza telewizja i gazety.

Dzisiaj wydziały ścisłe krzewią obowiązujące standardy dobromyślenia z równym zaangażowaniem, co humanistyczne. Nastąpił przy tym podział zadań, który, jak wiemy z lektury Adama Smitha, stanowi podstawowy warunek rozwoju. Chómaniści (nie godzi się ich zaszczycać imieniem Humanistów) najczęściej zajmują się rozmaitymi dżenda stadis, równymi szansami i walką przeciw kulturze. Przyrodnikom i inżynierom powierzono natomiast świętą wojnę ze Zmianami Klimatycznymi (dawniej: Globalnym Ociepleniem, jeszcze dawniej: Efektem Cieplarnianym).

Myślałem, że najbardziej bezczelnym przykładem tej działalności podczas poznańskiej konferencji będzie przyznanie Albertowi Gore’owi doktoratu honoris causa UAM. To lizidupstwo jeszcze można by jakoś wybaczyć, w końcu w gronie osób wyróżnionych owym tytułem znajdują się już takie osobistości jak Małgorzata Honeckerowa. Okazało się niestety, że oprócz niespecjalnie szkodliwych pochlebców są w gronie poznańskich naukowców prawdziwi przodownicy pracy na polu propagandy.

WySRol, obecnie przez osoby bez poczucia humoru zwany Uniwersytetem Przyrodniczym, ma dla studentów rozważających uczestnictwo w organizowanym jutro festiwalu kłamstwa propozycję nie do odrzucenia:

Bonus potwierdzający udział w programie „Dnia edukacji ekologicznej” uprawnia studenta do podniesienia o ½ oceny z zaliczenia (egzaminu) jednego przedmiotu obowiązującego w roku akademickim 2008/2009. Przedmiot taki powinien być choć częściowo związany z przyrodą i jej ochroną, z ekologią, klimatologią, ochroną środowiska, inżynierią środowiska itp.

Kiedyś oceny dostawało się za wiedzę, umiejętności lub przynajmniej sympatię wykładowcy. Ale mamy postęp i dziś decyduje udział w seansach filmów propagandowych.

Na odtrutkę polecam wywiad z jednym z najbardziej znanych wrogów kłamstwa klimatycznego, profesorem Jaworowskim. Warto poszukać także jego artykułów – chociażby z Postępów Fizyki sprzed bodaj roku – w których pan profesor polemizuje z opiniami ekoterrorystów na różne tematy, od katastrofy czarnobylskiej po skażenie ołowiem. Dobrze, że są jeszcze tacy ludzie.

Nie ma chyba wątpliwości, że człowiek oddziałuje na środowisko – wystarczy wspomnieć o wyrębie lasów albo o przemyśle, który zatruwa powietrze. A skoro naukowcy się spierają, to może warto dmuchać na zimne?

Powtarza pan propagandę ekologów. Proszę zauważyć, że człowiek najbardziej zaingerował w środowisko naturalne, gdy powstało rolnictwo, a więc kilka tysięcy lat temu. Gdyby jednak nie rolnictwo, to nadal mieszkalibyśmy w lasach. Mówi pan: przemysł, i zgoda. Wrzucamy do atmosfery różnego rodzaju związki chemiczne. Głównie dwutlenek węgla. Tylko proszę zwrócić uwagę na proporcje. Jeśli podzielimy strumienie CO 2 na: naturalne (oceany, lądy i wulkany) oraz pochodzenia ludzkiego (samochody, oddychanie ludzi, paliwa kopalne, cement, rolnictwo), to ten drugi stanowi zaledwie 4,7 proc. strumienia naturalnego. Wszelkie dane wskazują, że ocieplenie klimatu nie ma związku z zawartością CO2 w powietrzu. To znaczy wysokość stężenia tego gazu w okresach historycznych jest powiązana skutkowo, a nie przyczynowo z klimatem planety. Najpierw następuje ocieplenie, a dopiero wskutek rosnącej temperatury zwiększa się zawartość dwutlenku węgla w powietrzu. Dzieje się tak dlatego, że najwięcej CO2 jest w oceanach, które im wyższa temperatura, tym bardziej oddają ten gaz do atmosfery.

Adventus

Opublikowany w Polonia @ 4:07 pm - autor: iulius

sobota, 06 grudnia 2008
Adventus
“Do Bożego Narodzenia jeszcze trzy tygodnie. Skąd wziąć pieniądze na urządzenie niezapomnianych świąt? Najlepiej pożyczyć od banku”

Czy to tekst z reklamy kredytów? A może z jakiegoś skeczu czy inkszej satyry? Nie, proszę Waszych Miłości. To zupełnie na serio napisała pewna Gazeta. Jako poradę dla jej czytelników-inteligentów, którzy hołdując staromodnym przesądom mogliby uznać, że święta finansuje się na przykład z pieniędzy wcześniej zaoszczędzonych. Bo że kogoś stać na pokrycie wydatków świątecznych z bieżących zarobków, to nie ma nawet co przypuszczać. Może jakichś złodziei, którzy w odrażającej szarej strefie okradają Budżet Państwa poprzez czyny tak mroczne, jak na przykład budowanie domów – o, tacy przestępcy to pewnie mają na karpia i choinkę! Ale uczciwy, solidarny społecznie czytelnik-inteligent płaci z pewnością wszystkie podatki i składki, więc nawet na bombki mu nie starczy.

Powinien zatem udać się do banku. Tam otrzyma kredyt. Bank w zasadzie też nie ma pieniędzy, bo wszystkie wcześniej rozdał lekką ręką na inne kredyty, których jakoś dziwnym trafem nikt nie spłacił. Na szczęście bank może iść po pożyczkę do Państwa i dzięki temu udostępnić spragnionemu niezapomnianych świąt klientowi co nieco Prawnych Środków Płatniczych.

Skąd Państwo bierze pieniądze, by pożyczyć je biednym, skrzywdzonym przez los bankom, które pożyczą je z kolei jeszcze biedniejszym i jeszcze mocniej skrzywdzonym kredytobiorcom? Na pewno nie z podatków. Podatki przecież mamy w Polszcze skrajnie niskie, bo rządzą liberałowie. Na przykład w cenie paczki papierosów podatki to zaledwie 82%, a przecież mogłoby to być, dajmy na to, 99%. Albo 102%, jak podatek zapłacony kiedyś w bratniej Szwecji przez Astrid Lindgren. Ledwo z tych groszy da się utrzymać Państwową Inspekcję Pracy i Kancelarię Prezesa Rady Ministrów!

Nie, Państwo musi znaleźć inne źródło finansowania. Jest nim Deficyt Budżetowy. Ten genialny instrument polityki finansowej naszego mądrego Rządu działa w oparciu o prostą zasadę: państwo bierze kredyt. W tym roku – jakieś dwadzieścia siedem miliardów złotych. Czyli z tysiąc złotych na dorosłego obywatela.

Oczywiście, ktoś to kiedyś będzie musiał spłacić. I z całą pewnością nie my, bo przecież nasz mądry Rząd by nas takim problemem nie obciążył. Kto w takim razie? Święty Mikołaj był dzisiaj. Nie podjął się zadania.

Wszyscy liczymy na Gwiazdora.

Następna strona