04.10.09
Nunc est iocandum
poniedziałek, 30 marca 2009
Nunc est iocandum
Znów rozgorzał spór o przeszłość pewnego elektryka, przez grupę ludzi mądrzejszych od siebie wyniesionego kiedyś do rangi symbolu. Spór, dodajmy, mało dla mnie interesujący; fakt współpracy owego człowieka z SB uważam za bezsporny, ale nie znam żadnych powodów, by się dziś tym faktem – czy, po prawdzie, jakimkolwiek faktem z życia tego człowieka – przejmować. Szkoda czasu. Lepiej zająć się sztuką z epoki. Przed Państwem poznański kabaret Tey, z Poznania:
03.10.09
Quae vetera nunc sunt
niedziela, 22 lutego 2009
Quae vetera nunc sunt
Ciekawostka historyczna – film z czasów, gdy Stany Zjednoczone Ameryki były krajem kapitalistycznym:
01.02.09
Suum cuique
Suum cuique
Szmonces Juliana Tuwima, lecz nadzwyczaj aktualny pt.
MISTYKA FINANSÓW
Osoby: Goldberg i Rapaport
GOLDBERG: Dzień dobry panu, panie Rapaport.
RAPAPORT: Jak ja pana widzę u siebie, to już o “dzień dobry” nie może być mowy. (wyłącza gramofon)
GOLDBERG: Kiedy ja pana rozumiem…
RAPAPORT: Ale jak pan tu jest, to siadaj pan. Jak pan tu wszedł? Służąca nie powiedziała panu, że mnie nie ma w domu?
GOLDBERG: Powiedziała, moja służąca też czasem mówi, że mnie nie ma, jak jestem.
RAPAPORT: Patrz pan, jak ta służba nauczyła się kłamać?
GOLDBERG: A jak byś pan nie był w domu, to ona by przecież też powiedziała, że pana nie ma, co za różnica?!
RAPAPORT: Swoją drogą!…
GOLDBERG: Panie Rapaport, pan mnie oddaje pieniądze czy nie?
RAPAPORT: Wiele jestem panu winien?
GOLDBERG: Osiemset.
RAPAPORT: Ładna sumka.
GOLDBERG: W razie pan oddaje to ładna, nawet bardzo ładna. W razie mnie nie oddaje nie jest taka ładna. Otóż ja się pana zapytowywuję jeden z ostatnich razów: czy pan mnie oddaje moje osiemset złotych?
RAPAPORT: Naturalnie, że oddaję.
GOLDBERG: Czy pan mi nie może odpowiedzieć po ludzku?
RAPAPORT: Przecież mówię panu od pół roku, że nie mam pieniędzy.
GOLDBERG: To co ja mam robić?
RAPAPORT: Upominać się!
GOLDBERG: Co mi to pomoże?
RAPAPORT: Nic!
GOLDBERG: Szanowny panie Rapaport. Przecież pan rozumie, że osiemset złotych to nie jest suma, której można nie oddać. Można nie oddać dziesięć złotych. Jak się jest bardzo wielki łobuz, to można nie oddać dwudziestu złotych, ale od stu złotych w górę każdy dług się robi honorowy. Pan to rozumie, przecież pan jest kupiec.
RAPAPORT: Panie Goldberg szanowny, ja mam inny pogląd na tę sprawę. Dla mnie osiemset złotych to jest właśnie suma, której nie można oddać. Oddać można dziesięć złotych. Jak się jest bardzo lekkomyślnym, to można oddać dwadzieścia złotych. Ale od stu złotych w górę to każdy dług staje się fikcyjny! Pan to wie! Przecież pan jest kupiec.
GOLDBERG: Słodki panie Rapaport, więc ja się pana pytam, co ja mam robić?
RAPAPORT: To ja się pana zapytam co innego, ale pan mi daje słowo honoru, że pan mnie odpowie całą prawdę!
GOLDBERG: Oficerskie słowo honoru.
RAPAPORT: Ja wolę kupieckie.
GOLDBERG: Niech będzie kupieckie.
RAPAPORT: Otóż pan przychodzi do mnie, że bym panu oddał osiemset złotych. Dajmy na to ja wstaję, podchodzę do kasy i… powiedzmy, wyciągam osiemset złotych i, przypuśćmy, panu je daję. To co by pan o mnie pomyślał?
GOLDBERG: Ech!… panie Rapaport!
RAPAPORT: Kotuchna! Słowo pan dałeś! Pomyślałbyś pan, że jestem a myszygene kopf?
GOLDBERG: No, zaraz a myszygene!…
RAPAPORT: Pomyślałbyś pan tak? Tak czy nie!
GOLDBERG: Tak!…
RAPAPORT: Dziękuję panu!
GOLDBERG: Złocisty panie Rapaport. Teoretycznie pan jest kryty, ale w praktyce pan nie ma racji. Pan mnie musi oddać!
RAPAPORT: Dla samego oddania?
GOLDBERG: Nie! Ja jestem winien Gutmanowi osiemset złotych!
RAPAPORT: Gutman może poczekać!
GOLDBERG: Gutman nie może poczekać, bo jego dusi Rajtman.
RAPAPORT: Rajtman też zaczeka.
GOLDBERG: Rajtman absolutnie nie zaczeka bo on jest winien Maliniakowi.
RAPAPORT: Maliniak też może poczekać. Chociaż nie, Maliniak nie może czekać.
GOLDBERG: Dlaczego?
RAPAPORT: Bo on jest winien mnie, a ja nie mogę czekać.
GOLDBERG: Pan nie może czekać?
RAPAPORT: Bo przecież pan chce, żebym panu oddał osiemset złotych, a ja ich nie mam. Bo ja pożyczyłem Maliniakowi, Maliniak Rajtmanowi, Rajtman Gutmanowi, Gutman pożyczył panu, a pan mnie, nikt ich nie wydał, bo każdy drugiemu pożyczył i nikt ich nie ma. To ja się pana pytam, gdzie się podziały te osiemset złotych?
GOLDBERG: A czy ja wiem?!
RAPAPORT: O, widzi pan, to jest ta mistyka finansów. I stąd się wziął ten cały kryzys ogólnoświatowy!
GOLDBERG: Nie rozumiem.
RAPAPORT: Ja panu wytłumaczę. Ameryka pożyczyła Anglii, Anglia Niemcom, Niemcy pożyczyli do Włoch, Włochy pożyczyli Szwajcarii, Szwajcaria pożyczyła Francji, Francja pożyczyła Anglii, a Anglia pożyczyła Ameryce!
GOLDBERG: To kto ma te pieniądze?
RAPAPORT: Teoretycznie wychodzi, że myśmy powinni mieć te pieniądze.
GOLDBERG: Co myśmy`?
RAPAPORT: Bo myśmy nikomu nie pożyczyli i nam nikt nie pożyczył. Sytuacja jest bez wyjścia!
GOLDBERG: Ja mam jedno wyjście.
RAPAPORT: Jakie?
GOLDBERG: Przez drzwi, do domu!
RAPAPORT: Widzisz pan, panie Goldberg. Nareszcie dorósł pan do sytuacji. Przyjdź pan kiedyś znowu się upomnieć porozmawiamy
GOLDBERG: Najlepiej nie zastać pana w domu.
RAPAPORT: Niech pan się nie obawia. Jak tylko będę miał pierwsze pieniądze, to zaraz pana zawiadomię przez służbę, że mnie nie ma w domu. Nie do zobaczenia się z panem, pa!
GOLDBERG: Pa.
RAPAPORT: Pa! Paszoł won!
Tempus fugit
niedziela, 26 października 2008
Tempus fugit
“- A cóż w tym niejasnego? Jest defilada na Placu Czerwonym. W każdym szeregu po dwudziestu ludzi. W każdym sektorze dziesięć szeregów, dwustu ludzi. Tych sektorów jest po horyzont. Maszerują równo, aż miło popatrzeć. Każdy żołnierz przez okrągły rok wyciskał z siebie siódme poty, szkoląc się na defiladę. I to nie tylko w Moskwie, ale wszędzie. Pytanie: czy wyrzucanie wyprostowanych nóg powyżej pasa, wypinanie piersi i zadzieranie brody powyżej nosa przydatne jest na wypadek działań wojennych? Po co tracić czas na ćwiczenie kroku defiladowego? Odpowiedź: po to, żeby zmusić tysiące ludzi do reagowania w sposób bezrefleksyjny, przyzwyczaić ich do słuchania rozkazów, a nie zdrowego rozsądku. – Trudno się nie zgodzić. – Dobrze. W takim razie trzeba podobne ćwiczenia zastosować wobec setek milionów obywateli. – Zmusić obywateli, żeby maszerowali krokiem defiladowym? – Niekoniecznie. Mam na myśli treść, nie formę. Najważniejsze, żeby te ćwiczenia były absurdalne i żeby równocześnie dotyczyły setek milionów ludzi. Najlepiej zmusić ich do wykonywania jakiegoś kretynizmu. Regularnie. – Masz przykłady takich kretynizmów? – Można na przykład zmusić całą ludzkość, żeby dwa razy w roku przestawiała wskazówki zegarów. – Czym to uzasadnić? – Oszczędnością energii. – To prawda? – Skądże znowu! Najważniejszym odbiorcą energii elektrycznej są fabryki. Na drugim miejscu są środki transportu. Przesuniemy wskazówki, czy nie przesuniemy – i tak ilość zużywanej energii nie ulegnie zmianie. Poważnym odbiorcą są kopalnie węgla. Tam zawsze jest ciemno. Albo oświetlenie ulic. Światło włącza się kiedy jest ciemno, a wyłącza kiedy jest jasno. Co zmieni przestawienie wskazówek? – Część energii wykorzystują ludzie w swoich mieszkaniach… – Słusznie. Niecały jeden procent. Ale w ramach tego procentu też nie wszystko idzie na oświetlenie. Niebawem nadejdą takie czasy, że ludzie będą mieć elektryczne żelazka, elektryczne maszynki do mielenia mięsa, telefony na prąd, radia, elektryczne kino domowe. Możesz kręcić wskazówkami zegara w każdą stronę i nie wpłynie to w żaden sposób na zużycie energii. Zresztą z oświetleniem mieszkań to wygląda podobnie: latem i tak jest widno i nie ma znaczenia, czy wstajesz o piątej, czy o dziesiątej. Z kolei zimowym rankiem i tak jest ciemno i nie obejdzie się bez oświetlenia. Nieważne, czy jest godzinę wcześniej, czy później. – Zatem uważasz, że nie będzie żadnego pożytku z przestawiania zegarów? – Będą tylko kłopoty. Masa kłopotów. – I nikt nie będzie oponować? – Tłum nie potrafi myśleć. Tłum przyjmie to jako coś naturalnego. Sam będzie sobie przysparzać nowych problemów. Jeśli tylko narzucimy ludzkości z dziesięć takich idiotycznych zachowań, jeśli sprawimy, że wszyscy podporządkują się bez zastrzeżeń, wtedy zawładniemy światem.”
Z Suworowa. Zawsze warte przypomnienia.
Arma cano, pars quinta – post scriptum
czwartek, 25 września 2008
Arma cano, pars quinta – post scriptum
Finlandia zgadza się na ograniczenie dostępu do broni palnej.
- Rząd jest gotowy zgodzić się co do propozycji, która mówi, że nieletni mogą używać broni tylko pod opieką dorosłych – poinformowała w piątek rzeczniczka rządu Sanna Kangasharju.
Obecnie prawo w Finlandii pozwala samodzielnie posługiwać się bronią palną 15-latkom. Władze w Helsinkach nie zgodziły się, by – tak jak nalegała Unia Europejska – ograniczyć prawo do jej posiadania jedynie do osób pełnoletnich.
Zupełnie bez sensu – ten ostatni szaleniec był przecież pełnoletni.
Teledysk na dzisiaj – “Talvisota” genialnego zespołu Sabaton. Piosenka o tym, jak doskonale wyćwiczeni dzięki powszechnemu dostępowi do broni Finowie zimą 1939/1940 obronili się przed Armią Czerwoną, zadając jej gigantyczne straty.
08.11.08
Genius loci
poniedziałek, 03 marca 2008
Jak doniosły gazety, zajezdnię tramwajową przy Gajowej sprzedano za 91 mln zł. Wiadomo, że coś tam teraz powstanie; co konkretnie – nie wiadomo.
Jak już kiedyś pisałem, jest to miejsce szczególne. Trudno powiedzieć dlaczego; jest w Poznaniu wiele wartościowszych zabytków i piękniejszej zieleni; coś jednak w Gajowej nie pozwala brać tego miejsca “po prostu”. Wiele razy, idąc tamtędy do szkoły, myślałem, że powinno ono stać się tematem lub choćby tłem poezji. Jak się okazało, nie ja jeden; inny absolwent Liceum im. K. Marcinkowskiego napisał był wiersz z udziałem tej krótkiej uliczki na Jeżycach już przed rokiem 1941:
Rozpięty nad wiosną
Obłoki jak dzieci po kąpieli oddychają niebieską swobodą.
Niebo łąkami pachnące, a łąki gwiazdami – kwiatami.
Ulicą Gajową tęskniłem do oczu utkanych w chabry.
Wiosno, dlaczego kwitniesz inaczej aniżeli przed rokiem
i dlaczego nie nosisz karbowanych loków?
Poszlibyśmy na spacer.
Park. Zieleń szeleści i szczebioczą wilgotne gałęzie,
do zasłuchanych śpiewają brzozy.
Posłuchaj, biała przyjaciółko, jak tęsknię.
Z szerokich alei za miastem uchodzą fontanny – topole,
w gorące przedpołudnie.
Nad nami kwietniowa arena i meta jasnego słońca.
Na przełaj biegnę w błękitnych binoklach
i spadam do nieba jak w strumień.
Goniec zapachu i chabrowych oczu.
Stefan Andrzej Borsukiewicz (1918-1942) – poeta zapomniany dziś tak bardzo, że nie ma nawet strony na Wikipedii. Urodzony na Kresach, wychowany w Poznaniu, w 1938 zdał maturę w Marcinku. Rok później walczył nad Bzurą i w Warszawie, przedostał się do Francji, organizował ewakuację personelu wojskowego z Casablanki. W Brytanii został instruktorem cichociemnych. Zginął podczas ćwiczebnego skoku spadochronowego.
12.11.06
Hungaris
poniedziałek, 23 października 2006
Przepraszam czytelników za to, co znajduje się poniżej. Wiem, że wiersze wolno pisać rzadko i niechętnie, wiem, że winny leżeć w skrzyni lat dziewięć. Gdy jednak usłyszałem dziś, że policja brutalnie rozpędziła mieszkańców Budapesztu podczas obchodów 50. rocznicy Rewolucji Węgierskiej, musiałem to napisać.
Minęło pięćdziesiąt lat
i znów wyszliśmy na plac.
I mógłby pomyśleć kto,
że dziś nie musimy się bać.
My? Może nie, lecz tam,
Oni, najbliżsi nam
(wedle znanej rymowanki),
muszą na swój plac wyjść
i znów do szabli, nie szklanki.
Czy nam też przyjdzie się bić?
Jeszcze to wyplotą Parki;
dziś jedno życzenie ślę:
oby był bliski dzień,
gdy tamten kłamca i ten
padną, za wroga tej walki
mając Wasz i Nasz gniew.
De dialectibus linguisque
środa, 30 sierpnia 2006
W artykule pod wszystko mówiącym tytułem “Piastowskie łże-elity” portal gazeta.pl spopularyzował niedawno kilka faktów dotyczących początków państwowości polskiej. Znalazła się tam między innymi informacja, że Mieszko I i Bolesław Chrobry nie mówili po polsku, a w “dialekcie zachodniosłowiańskim”.
Dobrze, że takie artykuły powstają – wielu ludzi wciąż nie rozumie, że narody wymyślono dopiero w XIX wieku. Jednak języki zróżnicowały się znacznie wcześniej. Jeżeli mowa pierwszych Piastów, prawdopodobnie wyposażona już w tak typowo polskie atrybuty, jak przegłos, nie była jeszcze językiem polskim, to kiedy takowy powstał?
Niektórzy podają za datę graniczną rok 1136, na który datowana jest bulla papieska z licznymi nazwami własnymi z obszaru arcybiskupstwa gnieźnieńskiego. Jako pierwsze zdanie zapisane w języku polskim przytacza się day, ut ia pobrusa, a ti poziwai z tzw. Księgi henrykowskiej (II poł. XIII wieku). Zauważyć jednak należy, że człowiek, który miał w zwyczaju je do swojej małżonki wypowiadać, niejaki “Bogvalus”, wcześniej w tekście nazwany jest Czechem. Czy zatem możemy twierdzić, że to zdanie naprawdę jest po polsku? Może autor określając je w ten sposób czynił rozróżnienie nie między dialektami mieszkańców Polski i Czech, a między językiem słowiańskim a łaciną bądź niemieckim?
Jeszcze sto lat później różnice między tekstami klasyfikowanymi współcześnie jako “polskie” bądź “czeskie” są nieznaczne. Widać to dobrze na przykładzie “polskiej” pieśni wielkanocnej z 1365 i fragmentu “czeskiej” pieśni “Buóh všemohúcí” z tego samego okresu:
Chrystus z martwych wstał je,
ludu przykład dał je,
eż nam z martwych wstaci,
z Bogiem krolewaci.
Jezukriste, vstal si,
nám na příklad dal si,
žeť nám z mrtvých vstáti,
s Bohem přebývati.
Nie znalazłem tych tekstów w oryginalnym zapisie; niewykluczone, że bez transkrypcji na współczesną ortografię żaden nie miałby cech przypisujących go jednoznacznie do któregoś języka.
Zapis jest bowiem ważnym elementem w rozróżnieniu co jest dialektem, co zaś osobnym językiem. Słuchając dialektu kaszubskiego rozumiem może nie wszystko, ale na pewno więcej, niż w przypadku języka czeskiego czy ukraińskiego. Natomiast o ile pisany czeski jest dla mnie łatwiejszy do zrozumienia niż mówiony, w przypadku kaszubczyzny jest odwrotnie. Alfabet kaszubski wydaje się być nastawiony na to, by w każdym słowie znalazły się litery nieznane ortografii polskiej, przez co buduje się wrażenie obcości. Podobnie rzecz ma się z alfabetem śląskim, stworzonym na podstawie czeskiego.
Ponieważ jednak sprawa statusu dialektów kaszubskiego i górnośląskiego budzi wiele emocji i ma charakter niemal polityczny, rozważmy problem na przykładzie bardziej neutralnym, poznańskim. Juliusz Kubel w nieocenionych “Blubrach Starego Marycha” posługuje się ortografią bliską standardowej:
— Marych, ady usiądź się tu kole mnie i szpycnij mi ale prościuteńko wew moje modre oczy, ale już!
Ucupłem się na ryczce i się grzecznie pytam, żeli mam tak długo szpycować, bo mam strach, że dostanę kompletnego zyza. A ona na to:
— Godej mi tu zaraz, wylyngo jedna, i to nie żadne tam hojdy-bojdy, ino caluteńką prawdę. Grałeś wew fylmie? No, czy ostatnio grałeś wew jakimsi fylmie za artystę?
— Mama, czy cię rąbie? — ja mówię. — Weź, jak nie, łyknij se jakie amedyny na łupież w oku, to ci może przejdzie!
Natomiast Marian Bartkowiak swoje blubry zapisuje fonetycznie:
Póki bułym przedszkolokiym to ni mioł żym pojyncia, co to sum pory zez długimi nogowkami, bo bez całki rok nosiułym krótkie portki na szelkach. Latym na giyrach sandałki, a zimum puńczochy wew rymbki nijakiygo koloru i trzewiki sznurowane. Co żym sie napociuł nim sie jorgłym, jak sie zawiunzuje sznurowadło na pyntelke, ni mocie pojyńcia. Zaś co niektóry to mioł na giyry drewnioki zwane tyż okulokami. Buły to dumowym knyfym uszyte zez świnskij skóry cholywki przybite gwoździami do drzewnianny zelówy. Feste sie na nich zimum slizgało na ligowie i wew giyry buło ciepło choć na ślubne papcie to raczy buły nie rychtyg.
Skutek? Drugi tekst, choć zawiera w istocie mniej wyrazów ściśle poznańskich, wydaje się bardziej “gwarowy”. Zapis taki ma oczywiście swoje zalety. Kiedyś dłuższą chwilę zajęło mi zrozumienie, że “kląkry” zapisane w “Mowie mieszkańców Poznania” to znane mi dobrze klunkry, nigdy bowiem nie słyszałem tego słowa wymawianego ze standardowym, ogólnopolskim [ą]. Z drugiej strony odejście od ortografii polskiej sprawia, że czytelnik niezaznajomiony z daną odmianą regionalną zastanawiać się musi nad znaczeniem każdego prawie słowa.
I tu możnaby się pokusić o wytyczenie granicy, za dialekt uznać taką odmianę, przy której odrębny alfabet raczej przeszkadza niż pomaga. Lecz w gruncie rzeczy pytanie, co jest językiem, nie ma samo w sobie sensu. Staje się potrzebne dopiero, gdy pojawiają się względy pozamerytoryczne. Umieszczanie początków języka polskiego w X wieku służy tworzeniu mitów narodowych, natomiast wydzielanie dialektów Ślązaków i Kaszubów jako osobnych języków jest przejawem szukania na siłę śladów szybko zanikającej odrębności. Łatwo znaleźć takie zjawiska także za granicą, że wspomnę tylko o próbach wyodrębnienia szkockiego angielskiego.
XIX wiek przyniósł wiele szkodliwych idej. Wciąż jeszcze uniemożliwiają one wielu trzeźwe spojrzenie na świat. Miejmy nadzieję, że po latach panowania nad umysłami w końcu zanikną zarówno rujnujący gospodarkę i społeczeństwo socjalizm, jak i nacjonalizm, który dla każdego języka każe tworzyć osobny naród, a dla każdej grupy z ambicjami narodowymi – osobny język,.
Źródła:
Witold Taszycki, Najdawniejsze zabytki języka polskiego
http://www.weytora.cz
http://www.tutej.pl/cms.php?i=11976
http://www.blubracz.koscian.net/blubry.php
Parvi enim sunt foris arma, nisi est consilium domi.
poniedziałek, 14 sierpnia 2006
Wojna w Libanie okazała się być nieco poważniejsza, niż przypuszczałem był na początku. Armia Izraela napotkała pewne trudności. Prędzej czy później jednak wybiłaby terrorystów, gdyby nie przeszkodzili jej dyplomaci z Europy. Dzięki nim doczekaliśmy się zawieszenia broni.
Cały cywilizowany świat cieszy się, że nastał pokój.
Mordercy z Hezbollahu cieszą się, że obronili Liban.
I wszyscy są równie ślepi. Równie mało europejskich pacyfistów obchodzi oczywista niestabilność rozejmu zawartego bez decydującego zwycięstwa (vide: Traktat Wersalski), co Partię Boga fakt, że “zwycięstwo” zawdzięczają nie własnej sile, a dobrym obyczajom swego wroga, który przestrzega rezolucyj ONZ.
Za jakiś czas wojna znów wybuchnie. Ale może tym razem, wzmocniony napływem ochotników zwabionych sławą zwycięzcy, Hezbollah naprawdę pokona Izraelskie Siły Obronne.
Ponownie nasuwa się skojarzenie z latami trzydziestymi. 30 VIII 1939 rząd Polski zdecydował, że czas się bronić i ogłosił mobilizację. Odwołał ją pod naciskiem Francji i Wielkiej Brytanii. Działających w imię pokoju, oczywiście.
Patria amanda est
środa, 26 lipca 2006
Wielkim patriotą jest prezes Wildstein, apolityczny szef publicznej telewizji. Na prośbę doktora filozofii z Krakowa, niejakiego Bukowskiego, zakazał emisji antypolskiego serialu “Czterej pancerni i pies”.
Doktor, jak wynika z opisu w “GW”, to typowy egzemplarz patrioty krakowskiego. Przykład bierze z dziadka – ułana piłsudczyka. Dba przede wszystkim o pomniki i symbole, bo przecież na nich polega miłość Ojczyzny. I pisze listy otwarte, gdy dzieje się coś ideologicznie groźnego.
Przypomina mi to anegdotę o założeniu pierwszego ogrodu jordanowskiego. Doktor Jordan przyszedł do rajców krakowskich i przedstawił im swój projekt parku dla dzieci. “A co będzie miał z tego Naród?” – spytali patriotyczni krakowianie. Doktor odpowiedział zgodnie z prawdą: “dzieci będą zdrowsze i sprawniejsze”. Szanowni ojcowie miasta wciąż jednak indagowali: “no dobrze, ale co NARÓD będzie z tego miał?” Stanęło na tym, że w ogrodzie doktora Jordana zostały ustawione posągi wielkich Polaków.
Tak to już jest z patriotami typu krakowskiego, że w rozumieniu spraw narodowych zatrzymali się na etapie romantyzmu i od 140 lat odmawiają przyjęcia do wiadomości idej pozytywistycznych. Nie ma w ich rozumieniu pożytku dla Narodu, gdy dzieci są zdrowe; podobnie, nie ma go, jeśli z zapałem oglądają film o żołnierzach walczących za Polskę, jeżeli nie jest ona Polską ułanów. Nieważne, że nauczą się szacunku dla oręża.
W końcu liczą się posągi.