01.23.09
Arma virumque cano
piątek, 23 stycznia 2009
Arma virumque cano
Wszystko wskazuje, iż pan Andrzej Czuma, jeden z nielicznych w polskiej polityce zwolenników prawa obywateli do samoobrony, zostanie ministrem sprawiedliwości. Większego wpływu na upowszechnienie broni palnej co prawda nie uzyska, ale sama nominacja z pewnością polepszy klimat dla zmian w tym kierunku.
Tutej możecie zagłosować w sondzie za dostępem do broni, zaś tutej – przeczytać ciekawy artykuł na ten temat.
01.21.09
De pueris educandis, pars secunda
De pueris educandis, pars secunda
Dziś, z okazji rozpoczynających się sesyj egzaminacyjnych, rzecz o studiach wyższych.
Jak już swego czasu pisałem, kwestia wyboru wykształcenia odbiega nieco od normalnej sytuacji rynkowej, gdzie główne konsekwencje decyzji ponosi ta sama osoba, która ją podejmuje. Ponieważ kształcą się przede wszystkim osoby młode, pozbawione własnych dochodów wystarczających do pokrycia kosztów edukacji, finansowanie – a zatem prawo wyboru – jest de facto w gestii kogoś innego. Brak więc tutej mechanizmu zachęcającego do słusznych decyzyj, w związku z czym nie można wprost stosować najprostszych praw ekonomii. Innymi słowy, ludzkie działanie może okazać się nieracjonalne, bo działający i tak nie odczuje bezpośrednio jego skutków.
Z tego wynika, że wprowadzenie w szkolnictwie wyższym (powyższa zasada jest co prawda słuszna także dla podstawowego i średniego, lecz to bardziej skomplikowana sprawa i o tym kiedy indziej) jakiegoś mechanizmu niewolnorynkowego może, paradoksalnie, przynieść pozytywny skutek. Warto rozważyć sytuację, w której uczelnie nie będą – jak postuluje większość ludzi myślących – całkowicie prywatne, ale częściowo sponsorowane przez państwo.
Trzeba oczywiście zachować ostrożność, by nie pójść za daleko. Studia całkowicie bezpłatne to absurd, kosztowny, ale przede wszystkim groźny społecznie. Gdy każdy może studiować, nie studiować to wstyd. Takie myślenie kieruje znacznym odsetkiem dzisiejszych studentów. Młodzi trwonią pięć lat na nauce rzeczy zupełnie im zbędnych, po czym odkrywają, że tytuł magistra politologii czy zarządzania wcale nie pomaga w życiu. Ale przecież musieli iść na studia, bo kto to widział nie brać, kiedy dają za darmo. Mieć ten bezwartościowy papierek – to znak człowieka ambitnego i inteligentnego. Kto się nie ustawia w kolejce po darmową edukację, najwyraźniej jest frajerem.
Najgorzej mają dziewczyny. Pozwalają sobie wmawiać, że potrzebują wykształcenia; w Polsce obecnej jest podobno nawet więcej studentek niż studentów. A przecież w rzeczywistości najlepiej by się czuły, gdyby pozwolono im w spokoju założyć rodzinę. Tego jednak nie wolno im głośno powiedzieć. No bo jak to, dzieci byś chciała rodzić, mężowi gotować? Nie wypada. Kobieta współczesna o małżeństwie może pomyśleć ewentualnie po magisterium. Wszak żyć z czegoś trzeba (dyplom wyższej uczelni to, jak wiadomo, gwarancja dobrze płatnej pracy), nie pozwolisz chyba, żeby cię facet utrzymywał? A dzieci? Będziesz miała czas, jak skończysz studia; jeszcze ze dwójkę zdążysz wtedy urodzić, więcej chyba nie chcesz?
Nie, studia bezpłatne dla wszystkich z pewnością nie są rozwiązaniem. Cóż więc wchodzi w grę? Kredyty studenckie? Takie wyjście funkcjonuje w niektórych krajach i ponoć sprawdza się nienajgorzej, ja bym mu jednak nie ufał. Po pierwsze, sprawia, że młody człowiek już na samym początku samodzielnego życia staje się dłużnikiem, to, co zarobi, przeznaczać musi na spłatę pożyczki. Rozwiązanie to ponownie uderza w życie osobiste, bo za co tu utrzymać żonę i dzieci, kiedy trzeba uiszczać raty? Zresztą, jeśli komuś to odpowiada, jego sprawa. To nie należy do rozważań bądź co bądź politycznych, mam nadzieję bowiem, że dożyjemy czasów, gdy będą istnieć prywatne banki. Już się one wtedy z chętnymi same najlepiej co do kredytów dogadają.
Bon edukacyjny, każdemu przyznawany w równej wysokości, z dopłatami z własnej kieszeni tam, gdzie ta podstawowa kwota nie wystarczy? Nie sądzę. Spowodowałoby to uprzywilejowanie kierunków tanich (zwykle: humanistycznych) wobec drogich (technicznych, medycyny). Nie dość, że te drugie są trudniejsze, to jeszcze stałyby się mniej opłacalne. Wkrótce brak inżynierów stałby się jeszcze bardziej dotkliwy.
Sądzę, że spośród różnych (dodajmy: nieidealnych) rozwiązań, najlepiej wypada system stypendialny, gwarantujący pokrycie kosztów najlepszym studentom. Po pierwsze, uczelnie musiałyby podać cenę studiów. Aby ją ustalić, część miejsc na wszystkich kierunkach trzeba wystawić na sprzedaż na wolnym rynku. Choć w tej sytuacji, inaczej niż w niemal każdej innej, nie jest to mechanizm doskonały, lepszego sposobu wyznaczenia ceny nie ma. W oparciu o te ceny, dostępne zasoby i przewidywane potrzeby, rząd (niestety) podjąłby decyzję o tym, ilu studentom danego kierunku na danej uczelni sfinansować studia. Kierunki skrajnie bezużyteczne – dżenda stadiz, na przykład – byłyby w pełni płatne; filologia polska, socjologia i tym podobne specjalności, które mogą przynieść kulturze i nauce jakieś niewielkie pożytki, miałyby stypendia dla, powiedzmy, pięciu procent najlepszych studentów; te zaś, które są potrzebne, ale trudne i niepopularne, jak matematyka, mogłyby zostać sfinansowane nawet w kilkudziesięciu procentach.
Zdaję sobie sprawę, że taki system nie byłby perfekcyjny. Z pewnością jednak przewyższałby obecny, a mniemam, że miałby także pewne przewagi nad oświatą całkowicie prywatną.
01.20.09
Non omne honestum licitum
Non omne honestum licitum
Słyszeliście, że Rzeczpospolita Polska jest państwem prawa? No to źle słyszeliście. Jak ktoś wierzy jeszcze w możliwość prowadzenia w tym kraju legalnego biznesu, niech zajrzy na www.dopalamy.com:
Certamen
Certamen
Jeśli ktoś z P.T. Czytelników życzyłby sobie wyrazić poparcie dla niniejszej strony, może uczynić to wysyłając SMS o treści C00124 pod numer 7144. Koszt takiej fanaberii to 1,22 zł. Rzecz dotyczy konkursu na Blog Roku 2008 w kategorii “Polityka”.
Wiadomość skierowana jest wyłącznie do tych czytelników, którzy Autora nie znają osobiście. Pozostali mogą wyrazić swe poparcie poprzez wpłacenie kwoty wyżej wymienionej – lub jakiejkolwiek innej – do rąk własnych.
01.02.09
Possumus et debemus
piątek, 02 stycznia 2009
Possumus et debemus
Dwudziesty siódmy grudnia, obchody dziewięćdziesiątej rocznicy wybuchu V Powstania Wielkopolskiego. Poznań, Plac Wolności. Widowisko przygotowane przez Bajona ma się ku końcowi. Nie zachwyca, nie robi takiego wrażenia, jak pięćdziesiąta rocznica Czerwca przed dwoma laty, ale trzyma pewien poziom. Paderewski, flagi, walki powstańcze, pochód różnych Marcinkowskich, Drzymałów, Wawrzyniaków i tym podobnych dzieci wrzesińskich, źli Prusacy wyłażący z pikelhauby – wiadomo, kicz, rzecz dla ludu, ale nadal jak trzeba, patriotycznie. Zaczęło się psuć z niewiele mającą z tematem wspólnego recytacją Olbrychskiego. Sam wielki finał jednak, kulminacyjny moment, przerósł oczekiwania. Z głośników rozbrzmiała Oda do radości, a na telebimach pokazano, jak się Polak z Niemcem w osobach Mazowieckiego i Kohla po…bratali.
Pierwszy raz widziałem święto narodowe potraktowane w ten sposób. Był sobie zabór, było powstanie, a morał z tego taki, że kochamy Unię Europejską. Ale w sumie należało się tego spodziewać, w końcu Unię mamy dziś wszędzie. Unia dołożyła mi się do dekodera telewizji cyfrowej, choć jej o to wcale nie prosiłem.
Unia dba bowiem o innowacyjność. To znaczy: nakazała w ciągu kilku lat zlikwidować całkowicie normalną telewizję i wymienić ją na cyfrową. Bo jest nowsza, a więc lepsza, czy to się ludziom podoba, czy nie.
A jeśli pijemy w Poznaniu zdrową wodę, to też tylko i wyłącznie dzięki Unii. Wdzięczne są jej za to dzieci ze szkół podstawowych. Tego w każdym razie mogliśmy się dowiedzieć z plakatów wiszących niedawno na przystankach MPK.
Plakaty dotyczą projektu “oczyszczanie ścieków i dostawa wody dla miasta Poznania”. Projekt “przyczynia się do zmniejszania różnic społecznych i gospodarczych pomiędzy obywatelami Unii”. Najwyraźniej zanim dobra Unia nie przyszła, wodę mieszkańcy miasta brali z kałuż, a ścieki spływały ulicami.
Unia bardzo się stara, byśmy wszędzie, nawet na suwmiarkach w uczelnianym laboratorium, widzieli jej symbole. Wydaje na reklamę trzy miliardy euro rocznie, więcej niż Coca-Cola.
Wszystko po to, byśmy myśleli, że Unia daje nam w prezencie jakieś ogromne sumy pieniędzy. Tak jednak nie jest. Nawet jeśli zrezygnujemy z liczenia wszystkich kosztów związanych z dotacjami i spojrzymy wyłącznie na gołe liczby, okaże się, że Polska wpłaca do Unii więcej niż z niej dostaje!
Ale może Unia ma jakieś inne zalety, które równoważą stratę pieniędzy? Pomyślmy. Z czego zwolennicy UE są zwykle najbardziej dumni, co uważają za jej zaletę? Silną gospodarkę? Wolne żarty, wzrost PKB w Unii trzyma się w okolicach zera i gdyby nie kraje takie jak Polska, gdzie jest on kilkuprocentowy, średnia już dawno wyszłaby ujemna. Może powinniśmy patrzeć mniej materialistycznie, może kluczowym atutem UE jest demokratyczny ustrój? Jeśli nawet ktoś popiera demokrację, w Unii jej nie znajdzie. Irlandczycy w referendum jasno powiedzieli, że żadnego traktatu lizbońskiego nie chcą. Teraz referendum będzie powtórzone, bo tak chce Bruksela. A jeśli traktat znów przegra, “demokratyczna” procedura będzie zapewne powtarzana do skutku. To i tak nieźle, bo u nas referendum ani w sprawie traktatu, ani wprowadzenia euro w ogóle nie będzie. Bezpieczeństwo socjalne? W strefie euro, do której tak koniecznie musimy przystąpić, rekordowo niska stopa bezrobocia z początku zeszłego roku to 7,1%. W Wielkopolsce mamy 5,8%, w samym Poznaniu 1,6%.
Nic zresztą dziwnego, że Unia nie bardzo ma się czym pochwalić. Jej polityka gospodarcza to dokładne przeciwieństwo zasad wolnego rynku. Państwom członkowskim nie wolno obniżać podatków poniżej ustalonych w Brukseli poziomów. Każdy przedsiębiorca w Unii – od rolnika czy sprzedawcy oscypków po producenta samochodów – musi też przestrzegać wymyślonych tam norm. Jeśli wyprodukuje więcej mleka niż pozwala Unia, sprzeda oscypek w niedozwolonej porze roku czy zbuduje samochód inaczej niż według urzędniczych wytycznych, zostanie ukarany grzywnami, a nawet więzieniem.
Zatem kraj na członkostwie w UE zdecydowanie traci. Logiczne byłoby więc wystąpienie z tej organizacji. Wielu ludzi jednak sądzi, że im osobiście Unia pomaga. Mogą na przykład pracować w Londynie, jechać bez paszportu na wakacje w słowackich Tatrach czy studiować we Frankfurcie. Pomijam fakt, że takie korzyści mogłyby wynikać z dwustronnych umów między krajami i nie trzeba do tego specjalnego parlamentu ani komisji w Brukseli. Zwróćmy uwagę, że o ile człowiek zyskuje na UE, to tylko jako obywatel państwa członkowskiego, nie jako mieszkaniec terytorium do UE należącego. Obywatel Rzeczypospolitej zamieszkały na stałe w neutralnej Szwajcarii czy Stanach Zjednoczonych mógłby korzystać ze wszystkich tych udogodnień, o których myślimy jako o zaletach Unii.
Istnieje rozwiązanie, które pozwoliłoby pozbyć się problemów wynikających z członkostwa, natomiast zachować wszystkie atuty. Wielkopolska musi wystąpić z Unii Europejskiej, pozostając terytorium Rzeczypospolitej Polskiej. Jest to możliwe. Precedens stworzyła Grenlandia, która wystąpiła z UE, ale nadal jest częścią Danii.
W ten sposób pozbędziemy się władzy Brukseli nad Wielkopolską. Nikt już nie podyktuje rolnikowi spod Kościana, ile mleka ma dawać jego krowa. Na naszym terenie staną się możliwe potrzebne reformy gospodarcze, z obniżeniem podatków na czele. Będziemy mogli korzystać ze zwyczajnych żarówek, gdy wejdzie w życie unijny obowiązek kupowania droższych i mniej zdrowych dla oka “energooszczędnych”. I nikt już nie powie cukiernikom z Międzychodu, że są za mało wielkopolscy, żeby piec rogale marcińskie.
Zarazem Wielkopolanie pozostaną obywatelami polskimi. Zachowają prawo pracy w krajach UE, możliwość swobodnego podróżowania czy studiowania. Będziemy nadal mieli to wszystko, co stanowi rzeczywistą korzyść. Znikną tylko trudności i przeszkody narzucane przez europejski quasi-rząd.
Możemy i powinniśmy to zrobić. Co, Unia się nie zgodzi? Niemcy dziewięćdziesiąt lat temu też nie chcieli się zgodzić, by Wielkopolska podążyła własną drogą. Dziś będzie dużo łatwiej, dziś wystarczy zapewne walka polityczna. Przy odpowiedniej determinacji jesteśmy w stanie uczynić z Wielkopolski enklawę wolnego rynku, do której będą uciekać tłamszone biurokracją i podatkami firmy z całej Europy. Stać nas na to.
Zapraszam do dyskusji: http://wielkopolska.dyskutuj.com.
Arma cano, pars sexta
sobota, 20 grudnia 2008
Arma cano, pars sexta
Na blogu http://predatorxl.salon24.pl/ trochę bardzo ciekawych statystyk odnośnie dostępu do broni palnej:
W 1982 roku władze miasta Kennesaw (Georgia) wprowadziły obowiązek posiadania broni wraz z amunicją przez każdą głowę rodziny. Później przepis został nieco zmodyfikowany, zastosowano klauzule wyłączające z nakazu określony grupy społeczne, niemniej zasadnicza treść przepisu pozostała w mocy. Przepisu, dodajmy, nieprzesadnie weryfikowanego przez władze, po dziś dzień nikogo nie spotkały nieprzyjemności za nie poddanie się wymaganiom. Rezultaty?
Przed wprowadzeniem „prawa pistoletowego” Kennesaw zamieszkiwało 5242 mieszkańców, poziom przestępczości był wyższy niż średnia krajowa o 10%. W roku 2005 miasto rozrosło się, liczba ludności wzrosła do 28 189 ludzi, zaś poziom przestępczości spadł o ponad 53%. Dla porównania – w mieście Morton Grave (Illinois), w którym rok wcześniej (1981) zabroniono wszystkim (poza policjantami) posiadania broni, nastąpił do 2005 roku wzrost przestępczości o 15,7% przy jednoczesnym niewielkim spadku liczby mieszkańców (z 22 451 w 2000 r. do 22 202 pięć lat później). Niewielkie zagrożenie przestępczością potwierdził opublikowany w 2003 roku raport FBI: w Kennesaw było o połowę mniej zabójstw i włamań, a rozboje praktycznie się nie zdarzają (0,13 średniej krajowej).
(…)
Statystyki z innych państw potwierdzają, że broń palna w rękach przeciętnych obywateli ogranicza przestępczość znacząco: w 1996 roku odjęto broń Australijczykom. Efektem pierwszego roku prohibicji był 44% przyrost rabunków z bronią w ręku, 8,6% wzrost napaści z użyciem przemocy, 3,2% więcej zabójstw. W kolejnym roku rabunki z bronią to już wzrost o 73%, rabunki bez użycia broni – o 28%, porwania o 38%, napaści – o 17% zabójstwa – o 29%. Największy sukces przyjaciele ludu zanotowali w stanie Wiktoria – w ciągu roku od wprowadzenia zakazu posiadania broni nastąpił 300% wzrost liczby zabójstw z użyciem broni palnej. W tym samym 1996 roku rozbrojono ludność Wielkiej Brytanii. Do 2004 r. liczba przestępstw z użyciem broni lub przemocy wzrosła o 69%, w tym morderstw o 54% a rabunków o 45%. Dla porównania: w okresie 1993-1996, czyli przed odebraniem ludziom ich praw, liczba rabunków z bronią w ręku spadła o 50%.
Oeconomia in actis diurnis
środa, 17 grudnia 2008
Oeconomia in actis diurnis
Media pełnią ważną funkcję edukacyjną. Można się z nich uczyć wielu rzeczy, chociażby ekonomii. I to zupełnie szczególnej. Czytając gazety możemy zdobyć takie wiadomości o funkcjonowaniu gospodarki, jakich nigdy nie znaleźlibyśmy u Smitha, Bastiata czy Misesa. Ba, nieraz bywa, że dowiemy się z nich czegoś wręcz przeciwnego niż z podręczników!
Spójrzmy na dzisiejszy tekst z Wyborczej:
Amerykańscy konsumenci tak spanikowali, że ekonomiści jak ognia obawiają się deflacji, czyli odwrotności inflacji. To zjawisko zabójcze dla aktywności gospodarczej, bo gdy wszystko tanieje, to przestaje się opłacać produkować, a najlepszą inwestycją są rządowe obligacje. Przykład najbardziej doświadczonego deflacją kraju, czyli Japonii, mówi, że piekielnie trudno rozruszać taką gospodarkę. Japonia walczyła z deflacją przez całą dekadę lat 90. Orężem były zerowe stopy procentowe, do czego zmierza Fed. Musi zdecydowanie ciąć stopy, bo walczy z czasem. Jeśli tani kredyt zachęci Amerykanów do zakupów, a firmy do inwestowania, to groźba wieloletniej stagnacji gospodarczej zostanie zażegnana.
Wszystko tanieje! Czy można sobie wyobrazić coś bardziej dla gospodarki zabójczego? Gdyby towary i usługi zaczęły tanieć, przestałoby się opłacać cokolwiek produkować. Nie opłacałoby się produkować chleba, bo ludzie przecież w takiej sytuacji przestaliby jeść. Nie opłacałoby się budować domów, bo w końcu w świecie spadających cen nikt nie chciałby już mieć dachu nad głową. Nawet gazety przestałyby wychodzić, bo w czasach deflacji nie tracono by czasu na czytanie kiepskich artykułów o ekonomii. Wszyscy pogrążyliby się w stagnacji i zainwestowali swoje pieniądze w jedyne, co by się jeszcze opłacało, to jest pożyczanie pieniędzy rządowi.
Na szczęście istnieje odpowiedź na to zagrożenie. Odpowiedź dająca tyle nadziei, że można ją opatrzyć zdjęciem Baracka Obamy. Otóż rząd może rozdawać za darmo kredyty. Darmowe pożyczki banku centralnego pozwolą przedsiębiorcom rozkręcić inwestycje, które w normalnych warunkach nie byłyby opłacalne. Jak wiadomo, wspieranie nieopłacalnych inwestycyj jest podstawowym warunkiem budowy silnej gospodarki. Trzeba to tylko zrobić szybko, żeby nie obudzić się, jak rząd Jego Cesarskiej Mości, z ręką w nocniku (czy czego tam Japońce używają).
Można by sobie zadać pytanie, jak by to wszystko wyglądało, gdyby rządy się do pieniądza, gospodarki, kredytu, deflacji, stagnacji i w ogóle sytuacji nie mieszały. Można by, gdyby nie kryzys, który przypomniał nam wszystkim, że wolny rynek nie jest rozwiązaniem. Dziś nikt poważny nie wierzy w dziki kapitalizm ani nie sprzeciwia się mądrej interwencji państwa.
To też przeczytałem w gazecie.
Doctor erroris causa
wtorek, 09 grudnia 2008
Doctor erroris causa
I znowu zobaczę, co nieraz widziałem
Że mędrcy przyznali znów laur akademii
Za dowód niezbity, że czarne jest białe
(J. Czech, Kataryniarz)
Był ponoć czas, gdy wydziały ścisłe uczelni wyższych stanowiły ostoję wolnej myśli. Wielokrotnie słyszałem opinie, że w PRL ludzie nieprzychylni systemowi wybierali studia z zakresu matematyki czy inżynierii, ponieważ w tych dziedzinach nie było takiej presji ideologicznej jak w przypadku filozofii, prawa czy historii.
Świat jednak się zmienia. Obecny eurokomunizm jest dużo wyższą formą rozwoju niż dawny komunizm sowiecki. Choć cele pozostały te same, metody stały się o wiele subtelniejsze. Tam, gdzie ZSRR potrzebował czołgów, UE wystarcza telewizja i gazety.
Dzisiaj wydziały ścisłe krzewią obowiązujące standardy dobromyślenia z równym zaangażowaniem, co humanistyczne. Nastąpił przy tym podział zadań, który, jak wiemy z lektury Adama Smitha, stanowi podstawowy warunek rozwoju. Chómaniści (nie godzi się ich zaszczycać imieniem Humanistów) najczęściej zajmują się rozmaitymi dżenda stadis, równymi szansami i walką przeciw kulturze. Przyrodnikom i inżynierom powierzono natomiast świętą wojnę ze Zmianami Klimatycznymi (dawniej: Globalnym Ociepleniem, jeszcze dawniej: Efektem Cieplarnianym).
Myślałem, że najbardziej bezczelnym przykładem tej działalności podczas poznańskiej konferencji będzie przyznanie Albertowi Gore’owi doktoratu honoris causa UAM. To lizidupstwo jeszcze można by jakoś wybaczyć, w końcu w gronie osób wyróżnionych owym tytułem znajdują się już takie osobistości jak Małgorzata Honeckerowa. Okazało się niestety, że oprócz niespecjalnie szkodliwych pochlebców są w gronie poznańskich naukowców prawdziwi przodownicy pracy na polu propagandy.
WySRol, obecnie przez osoby bez poczucia humoru zwany Uniwersytetem Przyrodniczym, ma dla studentów rozważających uczestnictwo w organizowanym jutro festiwalu kłamstwa propozycję nie do odrzucenia:
Bonus potwierdzający udział w programie „Dnia edukacji ekologicznej” uprawnia studenta do podniesienia o ½ oceny z zaliczenia (egzaminu) jednego przedmiotu obowiązującego w roku akademickim 2008/2009. Przedmiot taki powinien być choć częściowo związany z przyrodą i jej ochroną, z ekologią, klimatologią, ochroną środowiska, inżynierią środowiska itp.
Kiedyś oceny dostawało się za wiedzę, umiejętności lub przynajmniej sympatię wykładowcy. Ale mamy postęp i dziś decyduje udział w seansach filmów propagandowych.
Na odtrutkę polecam wywiad z jednym z najbardziej znanych wrogów kłamstwa klimatycznego, profesorem Jaworowskim. Warto poszukać także jego artykułów – chociażby z Postępów Fizyki sprzed bodaj roku – w których pan profesor polemizuje z opiniami ekoterrorystów na różne tematy, od katastrofy czarnobylskiej po skażenie ołowiem. Dobrze, że są jeszcze tacy ludzie.
Nie ma chyba wątpliwości, że człowiek oddziałuje na środowisko – wystarczy wspomnieć o wyrębie lasów albo o przemyśle, który zatruwa powietrze. A skoro naukowcy się spierają, to może warto dmuchać na zimne?
Powtarza pan propagandę ekologów. Proszę zauważyć, że człowiek najbardziej zaingerował w środowisko naturalne, gdy powstało rolnictwo, a więc kilka tysięcy lat temu. Gdyby jednak nie rolnictwo, to nadal mieszkalibyśmy w lasach. Mówi pan: przemysł, i zgoda. Wrzucamy do atmosfery różnego rodzaju związki chemiczne. Głównie dwutlenek węgla. Tylko proszę zwrócić uwagę na proporcje. Jeśli podzielimy strumienie CO 2 na: naturalne (oceany, lądy i wulkany) oraz pochodzenia ludzkiego (samochody, oddychanie ludzi, paliwa kopalne, cement, rolnictwo), to ten drugi stanowi zaledwie 4,7 proc. strumienia naturalnego. Wszelkie dane wskazują, że ocieplenie klimatu nie ma związku z zawartością CO2 w powietrzu. To znaczy wysokość stężenia tego gazu w okresach historycznych jest powiązana skutkowo, a nie przyczynowo z klimatem planety. Najpierw następuje ocieplenie, a dopiero wskutek rosnącej temperatury zwiększa się zawartość dwutlenku węgla w powietrzu. Dzieje się tak dlatego, że najwięcej CO2 jest w oceanach, które im wyższa temperatura, tym bardziej oddają ten gaz do atmosfery.
Adventus
sobota, 06 grudnia 2008
Adventus
“Do Bożego Narodzenia jeszcze trzy tygodnie. Skąd wziąć pieniądze na urządzenie niezapomnianych świąt? Najlepiej pożyczyć od banku”
Czy to tekst z reklamy kredytów? A może z jakiegoś skeczu czy inkszej satyry? Nie, proszę Waszych Miłości. To zupełnie na serio napisała pewna Gazeta. Jako poradę dla jej czytelników-inteligentów, którzy hołdując staromodnym przesądom mogliby uznać, że święta finansuje się na przykład z pieniędzy wcześniej zaoszczędzonych. Bo że kogoś stać na pokrycie wydatków świątecznych z bieżących zarobków, to nie ma nawet co przypuszczać. Może jakichś złodziei, którzy w odrażającej szarej strefie okradają Budżet Państwa poprzez czyny tak mroczne, jak na przykład budowanie domów – o, tacy przestępcy to pewnie mają na karpia i choinkę! Ale uczciwy, solidarny społecznie czytelnik-inteligent płaci z pewnością wszystkie podatki i składki, więc nawet na bombki mu nie starczy.
Powinien zatem udać się do banku. Tam otrzyma kredyt. Bank w zasadzie też nie ma pieniędzy, bo wszystkie wcześniej rozdał lekką ręką na inne kredyty, których jakoś dziwnym trafem nikt nie spłacił. Na szczęście bank może iść po pożyczkę do Państwa i dzięki temu udostępnić spragnionemu niezapomnianych świąt klientowi co nieco Prawnych Środków Płatniczych.
Skąd Państwo bierze pieniądze, by pożyczyć je biednym, skrzywdzonym przez los bankom, które pożyczą je z kolei jeszcze biedniejszym i jeszcze mocniej skrzywdzonym kredytobiorcom? Na pewno nie z podatków. Podatki przecież mamy w Polszcze skrajnie niskie, bo rządzą liberałowie. Na przykład w cenie paczki papierosów podatki to zaledwie 82%, a przecież mogłoby to być, dajmy na to, 99%. Albo 102%, jak podatek zapłacony kiedyś w bratniej Szwecji przez Astrid Lindgren. Ledwo z tych groszy da się utrzymać Państwową Inspekcję Pracy i Kancelarię Prezesa Rady Ministrów!
Nie, Państwo musi znaleźć inne źródło finansowania. Jest nim Deficyt Budżetowy. Ten genialny instrument polityki finansowej naszego mądrego Rządu działa w oparciu o prostą zasadę: państwo bierze kredyt. W tym roku – jakieś dwadzieścia siedem miliardów złotych. Czyli z tysiąc złotych na dorosłego obywatela.
Oczywiście, ktoś to kiedyś będzie musiał spłacić. I z całą pewnością nie my, bo przecież nasz mądry Rząd by nas takim problemem nie obciążył. Kto w takim razie? Święty Mikołaj był dzisiaj. Nie podjął się zadania.
Wszyscy liczymy na Gwiazdora.
Posnania oppugnata
piątek, 05 grudnia 2008
Posnania oppugnata
Jak dotąd konferencja ONZ w sprawie zapobieżenia wzrostowi gospodarczemu nie stwarza szczególnych trudności dla Poznańczyków. Szkiełów na ulicach co prawda wuchta, ale nie narzucają się ze swoją obecnością i nie przeszkadzają, jeśli ktoś przechodzi na czerwonym.
Jeśli wierzyć Wyborczej (ależ proszę Czytelników, proszę się nie śmiać!), problemy zaczną się jutro. Ma się tu zwalić dwa i pół tysiąca rozmaitych aktywistów komunistycznych. Czym się zajmą ci na ogół młodzi, zatroskani o los świata działacze? Tym, co zawsze: utrudnianiem życia uczciwym ludziom.
Wszystkie demonstracje odbywać będą się na ulicach centrum, które zostaną zamknięte na czas ich przemarszu. – Apelujemy do kierowców, by w sobotę nie wjeżdżali do centrum Poznania od godz. 11 do 19 – mówi Andrzej Borowiak, rzecznik Komendy Wojewódzkiej Policji.
Utrudniony będzie również ruch komunikacji miejskiej. Autobusy pewnie staną w korku. Problemy mogą mieć również tramwaje, bowiem demonstranci mogą iść po szynach na moście Dworcowym, ul. Dąbrowskiego i na Kaponierze.
Ja tam zawsze myślałem, że chodzi się po chodnikach i żadnych ulic, a tym bardziej torów tramwajowych do tego zamykać nie trzeba. No, ale najwyraźniej chodzenie chodnikiem jest nieekologiczne.
Na szczęście policja czasem się do czegoś przydaje. Obecnie chodzi po domach anarchistów w całym kraju i ich straszy. Pochwalam cel, chodź nie zgadzam się ze stosowanymi przez stróżów prawa metodami. Lewaków przeszkadzających w normalnym funkcjonowaniu miasta powinno się jeśli nie wieszać, to co najmniej mocno pałować.