08.29.08
Nondum mortua est!
piątek, 29 sierpnia 2008
Wolna wola jest człowiecza,
Pergaminów nie posłucha.
(Jacek Kaczmarski, Warchoł)
Dobre wieści przyniosła kontrola Państwowéj Inspekcji Pracy: co drugie przedsiębiorstwo w Polsce zatrudnia pracowników na wolnym rynku (mówiąc gwarą urzędników, “występują nieprawidłowości dotyczące legalności zatrudnienia i opłacania składek na Fundusz Pracy”), co dziesiąte zapewnia swobodę zatrudnienia cudzoziemcom. Szczególnie dobrze jest w agencjach pośrednictwa pracy: w 64% z nich “stwierdzono nieprawidłowości”. W ich przypadku to tym bardziej godne pochwały, że muszą one znosić nieuczciwą konkurencję państwowych urzędów.
Tak to już jest w Sarmacji Szczęśliwéj, że naród – poza nielicznymi zakałami w rodzaju dziennikarzy, zawsze chętnie oburzających się na nieposłuszeństwo wobec władzy – ma we właściwym poważaniu “pozwolenia na pracę”, “obowiązkowe ubezpieczenia” i wszelkie inne wymysły socjalistycznych rządów. Dopóki są w tym kraju porządni ludzie, gotowi ryzykować kary sądowe dla normalnego życia i uczciwego zarobku, nié ma co przesadnie martwić się absurdalnym prawem.
08.28.08
O, via carissima!
czwartek, 28 sierpnia 2008
Ponoć już we wrześniu rozpocznie się remont ulicy Winogrady w Poznaniu. I to nie byle jaki! Już wkrótce (to znaczy za ponad rok) znajdzie się tam na przykład “cichy asfalt” zmniejszający hałas. Będą też ścieżki rowerowe (z pewnością wyłożone czerwonym pozbrukiem) i nowe przystanki tramwajowe, tak sprytnie skonstruowane, że gdy bimba się na nich zatrzyma, zatamuje wszelki ruch, co pasażerom zagwarantuje – najważniejsze przecież w życiu – bezpieczeństwo.
Gdy przeczytałem o tym w gazecie, radość ogarnęła mnie niezmierna. Winogradami bowiem, przy okazji spacerów na Cytadelę, chodzę lub jeżdżę średnio dwa razy w tygodniu. Dobrze jest usłyszeć, że nasze najdroższe władze miejskie tak zadbają o to nieco na uboczu położone miejsce! Ale że znam się ździebko na matematyce, a na budownictwie już nie, zamiast pozostać w niemym zachwycie nad mieszankami bitumicznymi i ekranami akustycznymi zacząłem liczyć.
Koszt budowy ma wynieść 100,5 milionów złotych. Przy około dwóch kilometrach długości ulicy, daje to jakieś 50 tysięcy złotych za metr. Ten wynik jakoś nie zwiększył mojej radości. Co prawda nigdy żadnej drogi nie budowałem, ale wydało mi się, że to dużo. No, ale w końcu mówimy o inwestycji w wielkim, bogatym mieście – jakby policzyć, ile to kosztuje pojedyńczego Poznaniaka, okaże się, że jakieś drobiazgi. Z pewnością nas stać.
No i, nierozważnie, policzyłem. Zaokrąglając dla ładnego rachunku liczbę ludności miasta do pół miliona, dowiadujemy się, że każdy z nas zapłaci dziesięć groszy za metr ulicy. Nieźle. Zaraz, ile tych metrów było? Dwa tysiące? Nie, czyżbyśmy mieli wydać na Winogrady po dwieście złotych? A jednak, liczby się zgadzają. Tylko znowu coś sporo wyszło. Nawet ja, choć, jak już mówiłem, z ulicy tej korzystam często, dwustu złotych bym na jej remont nie dał. A tym bardziej nie dałyby zapewne moje sąsiadki, starsze panie, które żyją sobie spokojnie na Jeżycach, a na Winogradach bywają raz na dziesięć lat.
Owszem, miło mieć porządne ulice. Tylko ta cena – czy naprawdę nie da się taniej? Cały czas nad tym rozmyślając, natknąłem się w pewnej gazecie na artykuł o Gazpromie, który da kujawskiej gminie Tłuchowo 350 tysięcy złotych na wyasfaltowanie około 450 metrów drogi. Oczywiście, jakaś tam tłuchowska droga nie będzie mogła się równać z naszymi Winogradami. Nic dziwnego, że powstanie za dziesięć czy nawet piętnaście razy mniejsze pieniądze.
Ale, ale – 450 metrów za 350 tysięcy to mniej niż osiemset złotych za metr. Jakieś sześćdziesiąt pięć razy taniej niż u nas. Cóż, nieważne. My jesteśmy metropolią, bardzo potrzebujemy cichego asfaltu, bezpiecznych przystanków i ścieżek rowerowych. I nie ma absolutnie nic dziwnego w tym, że zafundujemy je sobie za sześdziesięciopięciokrotność ceny normalnej drogi. Zwłaszcza, że wykonawcę wybrano w przetargu, do którego przystąpiło całe jedno konsorcjum. To właśnie jest normalne w demokratycznie rządzonym mieście.
Consensus?
środa, 30 lipca 2008
W “Najwyższym Czasie” czytamy:
Ponad 31 tysięcy naukowców amerykańskich, w tym ponad 9 tysięcy z tytułami doktorskimi w takich dziedzinach jak klimatologia, meteorologia czy badań środowiska, podpisało petycję odrzucającą powszechnie propagowany mit “globalnego ocieplenia” będący jakoby konsekwencją efektem działalności człowieka na Ziemii mającego wytwarzać zgubne “gazy cieplarnianie”.
Tekst petycji brzmi:
We urge the United States government to reject the global warming agreement that was written in Kyoto, Japan in December, 1997, and any other similar proposals. The proposed limits on greenhouse gases would harm the environment, hinder the advance of science and technology, and damage the health and welfare of mankind.
There is no convincing scientific evidence that human release of carbon dioxide, methane, or other greenhouse gasses is causing or will, in the foreseeable future, cause catastrophic heating of the Earth’s atmosphere and disruption of the Earth’s climate. Moreover, there is substantial scientific evidence that increases in atmospheric carbon dioxide produce many beneficial effects upon the natural plant and animal environments of the Earth.
Znaleźć go można wraz listą sygnatariuszy na http://www.oism.org/pproject/. Dobrze zapamiętać tę stronę – przyda się w dyskusjach z ekofaszystami.
Przypominam, że już wkrótce polska gospodarka zostanie całkowicie podporządkowana bruskelskim wymogom płacenia podatku od emisji tlenku węgla (IV) – pod pozorem “walki ze zmianami klimatycznymi”, rzecz jasna.
Zaś prawdziwą przyczynę wzrostu temperatur objawił ludziom Latający Potwór Spaghetti: spadek liczby piratów. Osoby chcące polemizować pragnę uprzedzić, że jest to dogmat religijny i mogą zostać oskarżone o obrazę uczuć.
Ramen!
Magistri Sarmatice loquendi
sobota, 26 lipca 2008
Nazistowskiego wy ducha wypierdy,
mamidła z wąsikiem, marionetki!
Nie wyjdzie stąd żywa
psiajucha parszywa!
Kurwa wasza faszystowska mać!
(Lao Che, 1939/Przed burzą)
Pokutuje w narodzie przekonanie, że język polski trudny jest. Potrzeba – sądzą ludzie, pamiętając doświadczenia szkolne i słuchając uważnie wykształconych pań i panów dziennikarzy – nie lada eksperta, by po polsku coś poprawnie powiedzieć. Co to znaczy “poprawnie”? Możemy się przekonać, czytając wypowiedzi kandydatów do tytułu “Mistrza Mowy Polskiej”.
Pierwszy z nich, pan Zbigniew Grochal, chce “być bogacicielem języka”. Aby bogacicielić język, pragnąłby pozbyć się zeń “strasznie brzydkiego słowa, plugawego, ohydnego. Słowa zajebiście. Gdybym miał coś piętnować w szczególny sposób, użyć narzędzia do wypalania, to słowo bym właśnie z języka wypalił.” Uzasadnia tę myśl, nieświadom najwyraźniej, że już go zawczasu “Włatcy móch” sparodiowali, tak: “jest w polszczyźnie co najmniej kilka lepszych określeń: cudownie, rewelacyjnie, wspaniale, ekscytująco, zdumiewająco, nie z tego świata”. Młodej parze natomiast pan Grochal życzyłby, “żeby im się w życiu pleniło”. Nie sprecyzował, co ma się plenić – zielsko może, na ten przykład?
Po takim wstępie od wypowiedzi następnego Mistrza in spe, pana Sławomira Pietrasa, ździebko wieje nudą. Tu godny uwagi jest dopiero fragment z jego życzeniami. Otóż pan Pietras chciałby, żeby w każdym polskim domu była biblioteka, dobra prasa i czas na “wtapianie w tę atmosferę kolejnych młodych pokoleń.”
Skoro już się tak zajebiście wtopiliśmy, czas przejść do pana Stefana Stuligrosza. Na pytanie “A potrafi powiedzieć pan coś brzydko? Na przykład, gdy poniosą emocje?” słynny dyrygent udziela takiej repliki: “Jeśli coś postrzegam, nie denerwuję się, a staram się, jak moja Barbarka mnie nauczyła: zamilczeć”. Nie – brońcie bogowie! – zamilknąć. Zamilczeć. Bo jakby zamilknąć zamiast zamilczeć, to ktoś mógłby się postrzec.
Widzimy więc, że dla zdobycia laurów w dziedzinie poprawności językowej, mówić należy wzniośle i niezrozumiale. Jak, nie przymierzając, ksiundz na mszy. Przypuszczam, że właśnie tam leży źródło owej “poprawnej” polszczyzny. Kapłani, którzy tworzonym przez się sztucznym językiem ubogacają własny autorytet i zwiększają dystans dzielący ich od parafialnej tłuszczy, wyznaczyli wzorzec mowy, przyjęty teraz przez ogół. Być może to sprawa braku innej elity – jeśli nie mieliby wysłuchać jej od księży, Polacy musieliby chyba wyczytać polszczyznę idealną w “Gazecie”, pośród “filozofek” i “tematyki queer”. Trudno powiedzieć, czy byłoby to lepsze od języka mszy.
Tak czy inaczej, takie wzorce mowę ojczystą mogą tylko wzbogacicielić. Nie wzbogacą jej tak, jak to uczyniło “Powstanie Warszawskie” Lao Che; najlepsza poezja, jaką w ostatnich latach po polsku stworzono, patriotyczna jak mało co dotąd, od stóp po czubek papierosa. Słowa nie recytowane na akademii ku czci, a wykrzykiwane przez żywego człowieka. Żyjące i silne.
Członkom zespołu tytułu mistrzowskiego w polszczyźnie nikt nie przyzna. Bo oni śpiewają “brzydko”. I głupio by było szacownym gremiom przyznać, że wychodzi im to zajebiście.
Vivat Hibernia!
piątek, 13 czerwca 2008
Wygląda na to, że Irlandczycy chwilowo uratowali nas przed utratą niepodległości. Miło z ich strony; ciekawe tylko, co teraz wymyślą eurokraci.
Intermedium
poniedziałek, 02 czerwca 2008
Przerwa w dostawach nowych tekstów trwa i jeszcze potrwa. W międzyczasie zapraszam do lektury uroczego dialogu o globalnym ociepleniu:
http://redshift.salon24.pl/51072,index.html
- Towarzyszu Sekretarzu, towarzyszu Sekretarzu! Lodowce nie chcą współpracować!
- Rozstrzelać!
Stultitia hodie
poniedziałek, 07 kwietnia 2008
Dzisiaj, nie pierwszy i nie ostatni raz, o głupocie. Gdzie głupotę znaleźć? W mediach, rzecz jasna. Na przykład tych przeznaczonych ponoć dla inteligencji.
Oto dziś na Gazeta.pl możemy przeczytać artykuł o tym, że elektrownie niecnie wykorzystają posunięcia Unii Europejskiej, która nakazuje im płacić podatek od emisji tlenku węgla (IV) (w inteligenckim medium określanego regularnie jako CO2, bo w końcu prawdziwy inteligent po socjologii czy antropologii kultury nigdy nie słyszał o indeksach dolnych) do podwyższania cen nawet wtedy, gdy mogą jeszcze korzystać z łaski tymczasowego zwolnienia z owej daniny.
Czytamy też, że “będzie im o tyle łatwo to zrobić, że od 2009 r. spodziewamy się pełnego zliberalizowania polskiego rynku elektroenergetycznego”.
Zatem system, w którym prąd jest na kartki (dokładniej: takie duże kartki zwane pozwoleniami na emisję) to pełen liberalizm.
Aż strach pytać, czym w takim razie jest socjalizm.
Tempus fugit
poniedziałek, 31 marca 2008
Z okazji zmiany czasu cytat z Suworowa. Nie, nie tego od wyrzynania warszawskiej Pragi.
“- A cóż w tym niejasnego? Jest defilada na Placu Czerwonym. W każdym szeregu po dwudziestu ludzi. W każdym sektorze dziesięć szeregów, dwustu ludzi. Tych sektorów jest po horyzont. Maszerują równo, aż miło popatrzeć. Każdy żołnierz przez okrągły rok wyciskał z siebie siódme poty, szkoląc się na defiladę. I to nie tylko w Moskwie, ale wszędzie. Pytanie: czy wyrzucanie wyprostowanych nóg powyżej pasa, wypinanie piersi i zadzieranie brody powyżej nosa przydatne jest na wypadek działań wojennych? Po co tracić czas na ćwiczenie kroku defiladowego? Odpowiedź: po to, żeby zmusić tysiące ludzi do reagowania w sposób bezrefleksyjny, przyzwyczaić ich do słuchania rozkazów, a nie zdrowego rozsądku. – Trudno się nie zgodzić. – Dobrze. W takim razie trzeba podobne ćwiczenia zastosować wobec setek milionów obywateli. – Zmusić obywateli, żeby maszerowali krokiem defiladowym? – Niekoniecznie. Mam na myśli treść, nie formę. Najważniejsze, żeby te ćwiczenia były absurdalne i żeby równocześnie dotyczyły setek milionów ludzi. Najlepiej zmusić ich do wykonywania jakiegoś kretynizmu. Regularnie. – Masz przykłady takich kretynizmów? – Można na przykład zmusić całą ludzkość, żeby dwa razy w roku przestawiała wskazówki zegarów. – Czym to uzasadnić? – Oszczędnością energii. – To prawda? – Skądże znowu! Najważniejszym odbiorcą energii elektrycznej są fabryki. Na drugim miejscu są środki transportu. Przesuniemy wskazówki, czy nie przesuniemy – i tak ilość zużywanej energii nie ulegnie zmianie. Poważnym odbiorcą są kopalnie węgla. Tam zawsze jest ciemno. Albo oświetlenie ulic. Światło włącza się kiedy jest ciemno, a wyłącza kiedy jest jasno. Co zmieni przestawienie wskazówek? – Część energii wykorzystują ludzie w swoich mieszkaniach… – Słusznie. Niecały jeden procent. Ale w ramach tego procentu też nie wszystko idzie na oświetlenie. Niebawem nadejdą takie czasy, że ludzie będą mieć elektryczne żelazka, elektryczne maszynki do mielenia mięsa, telefony na prąd, radia, elektryczne kino domowe. Możesz kręcić wskazówkami zegara w każdą stronę i nie wpłynie to w żaden sposób na zużycie energii. Zresztą z oświetleniem mieszkań to wygląda podobnie: latem i tak jest widno i nie ma znaczenia, czy wstajesz o piątej, czy o dziesiątej. Z kolei zimowym rankiem i tak jest ciemno i nie obejdzie się bez oświetlenia. Nieważne, czy jest godzinę wcześniej, czy później. – Zatem uważasz, że nie będzie żadnego pożytku z przestawiania zegarów? – Będą tylko kłopoty. Masa kłopotów. – I nikt nie będzie oponować? – Tłum nie potrafi myśleć. Tłum przyjmie to jako coś naturalnego. Sam będzie sobie przysparzać nowych problemów. Jeśli tylko narzucimy ludzkości z dziesięć takich idiotycznych zachowań, jeśli sprawimy, że wszyscy podporządkują się bez zastrzeżeń, wtedy zawładniemy światem.”
Arma cano, pars quarta
środa, 26 marca 2008
Paweł N. Strzelecki, jeden z tych czytelników niniejszej strony, z którymi najbardziej lubię się nie zgadzać, obudził mnie dziś sms-em z tą oto wiadomością:
http://www.rp.pl/artykul/111803.html
“Obywatelska karta broni – to jeden z pomysłów Andrzeja Czumy. Poseł przekonuje kolegów z PO do zgłoszenia ustawy w tej sprawie. Czuma chciałby, aby w Polsce, podobnie jak w USA, dostęp do broni był jak najszerszy.”
Nareszcie PO omawia jakiś sensowny pomysł.
Powszechny dostęp do broni palnej ma wyłącznie zalety. Przede wszystkim, jak dobitnie dowodzą amerykańskie statystyki, znacznie zmniejsza przestępczość. Mało kto zdecyduje się na włamanie czy napad wiedząc, że może zginąć. Dziś sytuacja jest dla bandytów komfortowa – oni mają broń palną, bo nie przejmują się zakazami, a ich ofiary są bezbronne.
Jednak przestępczość to nie wszystko. Jeśli większość obywateli jakiegoś kraju ma broń palną, jego podbój staje się niemożliwy. Znakomitym dowodem na to jest sytuacja Szwajcarii, która pomimo położenia pomiędzy często walczącymi mocarstwami Europy ostatni raz została zaatakowana na początku XIX wieku. Wprowadzenie w Polsce powszechnego dostępu do broni byłoby lepszą gwarancją bezpieczeństwa niż NATO czy jakakolwiek regularna armia.
Wreszcie broń palna pozwala zwykłemu obywatelowi bronić się przed nadużyciami władzy – czy to przed samowolą pojedynczych policjantów, czy przed próbami wprowadzenia niesprawiedliwych praw. To właśnie dlatego Amerykanie tak zaciekle bronią swej Drugiej Poprawki – daje im ona gwarancję, że żaden rząd nie odważy się pozbawić ich wolności.
Miejmy nadzieję, że Polska stanie się wkrótce trzecim w Europie obok Szwajcarii i Finlandii krajem ludzi, którzy mają prawo się bronić.