12.11.06
Intermarium
sobota, 09 grudnia 2006
W Wilnie podpisano umowę o utworzeniu “mostu energetycznego” między Polską a Litwą. To krok w dobrym kierunku, ale z pewnością nie powinno się na tym skończyć. Mamy w polityce zagranicznej te same główne problemy, co republiki bałtyckie: zagrożenie ze strony Rosji (w naszym przypadku co prawda znacznie mniejsze) i silnych rywali w postaci państw starej Unii, których interesy często są sprzeczne z naszymi. W tej sytuacji obu (czy też raczej wszystkim czterem) stronom przysłużyłaby się stała, ścisła współpraca. Litwa, Łotwa i Estonia jeszcze przed ogłoszeniem niepodległości rozpoczęły współdziałanie, tworząc Radę Bałtycką. Gdyby roszerzyć tę organizację o Polskę, Ukrainę, a w przyszłości Białoruś, powstałaby alternatywa dla dominacji Francji i Niemiec w Europie oraz równorzędny partner Rosji.
Teraz daleko jeszcze do takiego porozumienia, dobrze jednak wiedzieć, że rząd Kaczyńskiego w tej sprawie, wbrew swym zwyczajom, okazał się kompetentny.
“Łączmy się wiecznie!” – zawołał sejm cały.
Wtem dwaj rycerze weszli z chorągwiami,
Na jednej Pogoń, w drugiej Orzeł Biały,
Obiedwie były owite laurami;
Litwin z Polakiem na wpół się ujęli,
Gmach głosem zadrżał: “Nic nas nie rozdzieli!”
(J.U. Niemcewicz, Śpiewy historyczne)
In socialismum
sobota, 02 grudnia 2006
Oto obiecywany od dłuższego czasu tekst o tym, dlaczego lewica winna jest wszystkiemu złu naszych czasów. A jeśli nie wszystkiemu, to przeważającej części.
Europa ma dziś cztery podstawowe problemy: gospodarkę, demografię, zagubienie i tchórzostwo. Wszystkie spowodowane są przez sposób myślenia, który przyniosła kontynentowi lewica.
W przypadku gospodarki nie ma nawet potrzeby dowodzenia tej tezy. Ekonomia socjalistyczna to oczywisty absurd, wszystkim chyba znane są jej katastrofalne skutki. Gdy jednak przyjrzymy się drugiej, społecznej stronie myśli lewicowej, okaże się, że odpowiada ona także za trzy pozostałe problemy naszego kontynentu.
Najbardziej przyziemny z nich jest problem demografii. Spowodowało go państwo socjalne, które pozbawiło ludzi potrzeby rodziny. Skoro wiesz, że jeśli stracisz pracę, dostaniesz zasiłek, nie musisz dbać o stosunki z krewnymi, którzy mogliby cię wspomóc, gdyby państwo tego nie czyniło. Podobnie, jeśli możesz spodziewać się na starość emerytury, nie musisz się rozmnażać, a jesli już to czynisz – wychowywać dzieci w szacunku dla siebie. Jeśli o tobie zapomną, zawsze zostanie państwo.
Mnogość form pomocy społecznej przyciąga imigrantów. Nowoprzybyli ze względu na odmienną tradycję wciąż płodzą dzieci i dbają o nie. Jeśli państwa opiekuńcze przetrwają jeszcze jakieś dwadzieścia lat, można się spodziewać, że następne pokolenie europejskich muzułmanów także spocznie na laurach rent i emerytur. Ale na razie tak nie jest i różnice w przyroście naturalnym zachwiały równowagą etniczną.
Tak więc z winy socjalistów Europę opanowują Arabowie.
Problem zagubienia jest już natury ideowej. Wynika z faktu, który Nietzsche, ostatni europejski filozof, stwierdził już półtora wieku temu: Gott ist tot. Chrześcijaństwo upadło niemal zupełnie jako wiara, istnieje już tylko religia – puste, pozbawione relfeksji przywiązanie do symboli i rytuałów, na którym nic nie można już zbudować. Zrozumienie tego faktu przyniosło Europejczykom straszliwą pustkę. “Postępowi” działacze nawołują do wypełnienia jej nowymi bóstwami – równością, tolerancją, demokracją. Te pojęcia promowane są tak intensywnie, z tak wielkim trudem, że ludzie przestali zastanawiać się, czy mają jakikolwiek sens. Kłamstwa dostatecznie często powtarzane wydały się prawdą. Wystarczy spojrzeć, z jaką reakcją spotyka się dziś ktoś, kto ośmieli się krytykować demokrację.
Fałszywe wartości musiały prędzej czy później upaść w konfrontacji z rzeczywistością. To dzieje się właśnie teraz – absurdalne żądania drobnych mniejszości wygłaszane w imię tolerancji, prawdziwe oblicze demokracji w postaci rządów populistów w Polsce, wreszcie konflikt ze światem islamskim uświadamiają Europie ich słabość, a ona trzyma się kurczowo tego skrawka piasku, myśląc, że nie ma lepszego fundamentu.
Tak więc z winy socjalistów Europa przyjęła za nową podstawę swego funkcjonowania idee jeszcze bardziej puste i bezwartościowe niż religia, którą na ich rzecz odrzucono.
Tak oto dochodzimy do trzeciego wielkiego przekleństwa współczesnej Europy: tchórzostwa. Tchórzostwo jest bezpośrednim rezultatem zagubienia. Przybiera ono różne formy. Chyba najbardziej szkodliwą jest polityczna poprawność. Tkwi ona głęboko w umysłach, zamieniając ludzi w niewolników idej. Na wezwanie Horacego “sapere aude! odważ się być mądrym!” odpowiadają: nie, bo musielibyśmy odrzucić nasze mrzonki i stawić czoła prawdziwemu światu. Musielibyśmy pomyśleć to, czego myśleć nie wolno – że demokracja to władza motłochu, że równość to równanie w dół, że tolerancja bez jasnej moralności to przyzwolenie na zło.
Innym przejawem tchórzostwa jest pacyfizm. Gdy Izrael pokazuje światu potęgę prawdziwej solidarności i dla uwolnienia dwóch obywateli rozpoczyna wojnę, Europa przeciera oczy ze zdumienia. Jak to? Jak można użyć broni przeciw wrogom? Przecież pokój jest bezcenny!
Europa nie ma już wartości godnych obrony, nie może więc zrozumieć tych, którzy walczą o swoje ideały. A czego zrozumieć nie może, to potępia. Gdy zaś sama zmuszona jest do obrony, po prostu się poddaje.
Tak więc z winy socjalistów, którzy zabronili myślenia egocentrycznego, stawiania własnych poglądów przed cudzymi, Europa stała się bezbronna.
Na razie to sprawy przede wszystkim Zachodu, z każdym rokiem jednak zbliżają się do tej naszej odległej, zaściankowej Sarmacji. Ci, którzy wyemigrowali, muszą mierzyć się z nimi już teraz; my będziemy musieli wkrótce.
Wszystkie te problemy można przezwyciężyć. Można znieść emerytury, zasiłki i renty, by zmusić Europejczyka do życia rodzinnego, obniżyć podatki, by mógł się bogacić.
Można zbudować na nowo poczucie wyższości wynikłej z dziedzictwa trzech tysięcy lat kultury, świadomość, że mamy nie tylko prawo, ale wręcz obowiązek bronić tego dziedzictwa przed barabarzyńcami. Tu na początek wystarczy zmiana programów nauczania, powrót do podstawowej przynajmniej edukacji klasycznej i europocentrycznego punktu widzenia historii.
Nawet chrześcijaństwo ma jeszcze potencjał do odrodzenia, choć rzadko go widać zza biskupów, prałatów i moherowych wyznawców.
Nadal można naprawić błędy.
Do tego jednak konieczne jest całkowite odrzucenie tkwiącego bardzo głęboko intelektualnego nowotworu socjalizmu. Na co się nie zanosi, dopóki trwa demokracja.
Vae victoribus!
wtorek, 28 listopada 2006
W Poznaniu wygrał Grobelny; wielkim zaskoczeniem to dla nikogo nie było.
Natomiast zwycięstwo Hanny Gronkiewicz-Waltz w Warszawie stwarza ciekawą sytuację. Jarosław ze swoimi dążeniami do centralizacji i podkreślaną często warszawskością zapewne chętnie sypnąłby pieniędzmi z budżetu na sztuczne napędzanie rozwoju tego miasta. Teraz będzie musiał się powstrzymywać, bo w przeciwnym razie wesprze Platformę – wszelkie nowe inwestycje pomogą stworzyć wrażenie, że pani prezydent i zdominowana przez PO rada miasta rządzą skutecznie. Można się zatem spodziewać po rządzie działań wymierzonych przeciw stolycy. HGW nie będzie miała łatwo.
Dokąd powędrują pieniądze, które w innych warunkach otrzymałaby Warszawa? Na pewno nie do zgniłych liberałów z Poznania, Gdańska czy Wrocławia.
Gosiewszczyzna już czeka na lotnisko międzynarodowe w Kielcach…
Colloquia Latina Posnaniensia
sobota, 25 listopada 2006
Omnes (XVIII et plus annos natos/as) Latinitatis vivae fautores fautricesque ad colloquia nostra invito.
Hoc anno convenimus quoque die Veneris, hora III et dimidia (usque ad horam V postmeridianam) in grapheo 119B Collegii Novi UAM (Posnaniae, Niepodległości 4).
Frequentaturos/as rogo, ut, priusquam veniant, nomina dent (scil. nuntium privatum vel epistulam electronicam ad “orbilia” mittant e foro classicorum
Si plus de grege nostro legere vis, inspice hic.
Niniejsze ogłoszenie pozwoliłem sobie wkleić z Forum Latinum, ufając, że autorka nie miałaby nic przeciwko.
Na zajęcia z łaciny żywej trafiłem po raz pierwszy podczas tegorocznych wakacji. Wówczas prowadziła je Cecilie Koch, szerzej znana jako Kajkylia – Niemka, która, jak wieść niesie, mówi po łacinie lepiej niż po niemiecku. Myśl o używaniu języka powszechnie uważanego za martwy do konwersacji wydać się może dziwna osobom zaznajomionym z tradycyjnymi programami jego nauki, gdzie kluczową rolę odgrywa wkuwanie tabel gramatycznych, liczniejszych i obszerniejszych niż w większości języków nowożytnych. Ale kiedy raz się zacznie, deklinacje, koniugacje, ablatiwy absoluty i wszelkie inne, wyklęte przez uczniów monstra ukazują swą prawdziwą naturę, układają się w logiczny, intuicyjny system komunikacji. Gdy zaś wzbogaci się go o parę nowo utworzonych słów, okazuje się zupełnie wystarczającym do opisywania współczesnej rzeczywistości, rozmów przez manuphonicum i opowieści o tym, jak machina latro wcięła pieniądze i nie wydała kawy.
Co więcej, łacina żywa nadzwyczaj ułatwia zrozumienie tej “martwej”; po pewnym czasie zamiast żmudnie tłumaczyć antyczne teksty po prostu się je czyta.
Przy okazji nasuwa się refleksja, że może należałoby odejść od “nowoczesnych” metod nauki języków obcych, zaczynać kursy niemieckiego czy francuskiego od solidnego przerobienia całej gramatyki, a dopiero potem przechodzić do praktycznego jej zastosowania. Efekty byłyby oczywiście opóżnione, ale sądzę, że summa summarum lepsze. Choć nie wydaje mi się, aby pomysł ten zyskał wielu zwolenników. Zbyt wysoko ceni się dziś “nowoczesność”.
Magna cum pompa
wtorek, 21 listopada 2006
Na ulicach Poznania ponownie odbyła się manifestacja homoseksualistów i feministek, przez organizatorów określana medialnym mianem “Marszu Równości”.
W zeszłym roku poszedłem na poprzednią taką demonstrację z dwóch powodów. Prezydent Grobelny zakazał jej pod naciskiem biskupa i PiS-u, jawnie gwałcąc konstytucyjne wolności, w związku z czym uznałem uczestnictwo w tym “nielegalnym zgromadzeniu” za mój obywatelski obowiązek. Poza tym było to krótko po wyborach i inne demonstracje o charakterze antyrządowym jeszcze się nie odbywały.
Najciekawsza w całej imprezie była możliwość przyjrzenia się z bliska pracy policji. Dzielni stróże prawa z początku otoczyli demonstrację tak szczelnym kordonem, że aby dostać się do środka musiałem – o, dobrze, że ćwiczone latami umiejętności i wrodzone męstwo umożliwiły mi tak bohaterski czyn! – przejść bokiem. Później dopiero wpadli na genialny pomysł rozciągnięcia swego szyku na całą szerokość ulicy, więc gdy po jakiejś godzinie, wobec braku akcentów opozycyjnych (raz tylko ktoś krzyknął coś o kaczorach) i odstręczająco wysokiego stężenia lewactwa zdecydowałem się wracać, musiałem wysilić cały zmysł konspiracyjny i wyjść przez podwórko.
Ostatecznie policja wykazała się pewnym minimum kompetencyj, brutalnie, lecz skutecznie pacyfikując marsz, co zresztą pochwalił wicepremier Ludwik “Kamasz” Dorn. Potem sąd administracyjny potwierdził to, co każdy, komu chciało się zajrzeć do odpowiednich ustaw wiedział dużo wcześniej – Grobelny nie miał prawa wydać zakazu.
To moralne zwycięstwo nie wystarczyło organizatorom i z początkiem tej jesieni rozeszła się wieść, że tym razem pójdą o krok dalej – trasę nowego marszu wyznaczono między Placem Mickiewicza, gdzie mieszczą się Poznańskie Krzyże – pomnik Czerwca 1956, a Placem Wolności, miejscem rozpoczęcia Powstania Wielkopolskiego.
W tym momencie należy zadać pytanie: o co właściwie chodzi? Dlaczego zdecydowano dostarczyć argumentów licznym przeciwnikom manifestacji poprzez wmieszanie do i tak kontrowersyjnej sprawy pamięci dwóch powstań, źródeł narodowej i lokalnej dumy Poznańczyków?
Organizatorzy odpowiadają, że mają na równi z resztą obywateli “prawo do symboli”. Ich zdaniem Krzyże upamiętniają walkę o wolność, a marsz jest jej kontynuacją. O ile jednak wiadomo, że zgromadzenie połowy ludności Poznania na Placu Mickiewicza pięćdziesiąt lat temu było protestem przeciw głodowym płacom, wszechwładzy UB i ogólnemu uciskowi, nikt nie jest w stanie w zadowalający sposób odpowiedzieć, przeciw czemu protestują uczestnicy marszu. Mówi się o jakiejś “dyskryminacji”, wymieniając przy tym długą listę rzekomo uciśnionych we współczesnej Polsce grup. Na jej czele są oczywiście objechani wzdłuż i wszerz homoseksualiści, ale znaleźć tam można też istne perełki – przykładowo, “wykluczonych ze względu na status ekonomiczny”; wyborny dowcip w kraju, który dla sfinansowania rozlicznych ulg i zasiłków nakłada na bogatych ponad dwukrotnie wyższy podatek niż na biednych!
Może takie postulaty dobrze wyglądają w konspektach wysyłanych do Parlamentu Europejskiego, ale mieszkając w Polsce nietrudno zauważyć, że dotyczą nieistniejących problemów. Nie ma “przemocy wobec gejów i lesbijek”, której ukrócenia żądał transparentem jeden z uczestników. Homoseksualista może żyć spokojnie; sąsiadki czasem obgadają go w przysłowiowym maglu, lecz bardzo mało prawdopodobne, że ktokolwiek zdecyduje się wyrządzić mu jakąś rzeczywistą krzywdę z powodu odmienności. Również prawo nie czyni parom homoseksualnym żadnych przeszkód, których nie napotkałby nieformalny związek osób różnych płci.
Skoro problemu nie ma, ktoś najwyraźniej ma interes w jego wykreowaniu. Zapewne wielu czytelników potrafi powiedzieć, kim jest Robert Biedroń – wiadomo wszak, że gejem. A kim poza tym? Tu już o odpowiedź trudno. Należy on bowiem do grona osób, które swój udział w życiu publicznym oparły na walce z “dyskryminacją” i poza orientacją seksualną nie mają społeczeństwu nic do zaoferowania. Dla tej grupy rozdmuchanie kwestii, jak to z europejska określają, “genderu”, rozpętanie możliwie najszerszej dyskusji na ten temat, to idealny środek, by wywalczyć sobie czas antenowy, rubryki gazet i miejsca na listach wyborczych, głosy wreszcie, słowem – korzyści łatwo wymienialne na gotówkę. Dlatego nie wahają się zbliżać do sfery sacrum – im głośniejszą reakcję sprowokują, tym lepszą stworzą okazję, by się pokazać.
Aktywiści homoseksualni na marszach równości zyskują, to pewne. Nie sądzę natomiast, by poprawiały one sytuację zwyczajnych pederastów i lesbijek. Ich jawnie prowokacyjna forma prowadzi do polaryzacji postaw; coraz głośniej krzyczy wąskie grono zwolenników “tolerancji”, ale też wzrasta udział w publicznej debacie strony przeciwnej. Nagłośnienie sprawy zmusza osoby dotąd obojętne do określenia swojego stanowiska. W konserwatywnym polskim społeczeństwie zawsze więcej będzie takich, którzy w wyniku tego procesu przyznają rację przeciwnikom marszów. Gdy opowiedzą się przeciw homoseksualistom w jednej kwestii, łatwiej dadzą się przekonać do rozciągnięcia sprzeciwu na homoseksualizm w ogóle. Paradoksalnie, marsze równości mogą stać się przyczyną dyskryminacji.
Pół biedy, gdyby przeciętny Polak ustosunkowywał się do marszów sam. Do tego nie dopuszcza Kościół katolicki, zawsze gotów wyręczać wiernych w dokonywaniu wyborów; podsuwa odpowiedź gotową i zdecydowaną. Sam arcybiskup poznański wystosował takie oto oświadczenie: “Prawo do wolności wyrażania myśli, zapisane w Powszechnej Deklaracji Praw Człowieka, nie może jednocześnie być prawem do obrażania uczuć religijnych osób wierzących. Marsze równości tymczasem próbując wywrzeć presję na opinię publiczną, starają się doprowadzić do akceptacji błędnego przekonania, że czyny homoseksualne nie posiadają żadnego negatywnego wydźwięku moralnego. Kościół troszczy się o poszanowanie godności każdego człowieka i wielokrotnie z szacunkiem wypowiadał się na temat osób o skłonnościach homoseksualnych, nie może się jednak godzić z publicznym zachęcaniem do praktyk, które są sprzeczne z zasadami moralności chrześcijańskiej.”
Mamy tu piękny przykład standardu opisanego w cytowanym niedawno przez Żydorczą tekście Richarda Dawkinsa: dowolną bzdurę uzasadnia się “obrazą uczuć religijnych”, co chroni ją w oczach opinii publicznej przed wszelką rzeczową krytyką. W przypadku powyższego tekstu to jedyna możliwa ochrona, gdyż sam w sobie jest zbyt komiczny, by mogły go jeszcze uratować jakieś argumenty. Oto ową “obrazą” ma być “wywieranie presji na opinię publiczną”; skoro tak, nasuwa się wniosek, że nikt nie ma prawa głosić poglądów sprzecznych z nauką Kościoła. Na dodatek okazuje się, że homoseksualizm ma “negatywny wydźwięk moralny”. Dziwna musi być ta “moralność chrześcijańska”, skoro jej przedmiotem mogą być sprawy niezależne od woli człowieka, nie podległe wyborowi.
Przy okazji okazało się, że zdaniem Kurii “krzyż nie jest znakiem uniwersalnym, jest znakiem chrześcijan”. Proponuję obłożyć ekskomuniką antropologów i historyków, którzy krzyż bezwstydnie ogłaszają symbolem obecnym w kulturach różnych ludów na tysiąclecia przed Chrystusem.
Nierzadko obserwujemy spory, w których obie strony w zasadzie mają rację. Kontrowersje wokół marszów równości są szczególnego rodzaju – w tym wypadku obie strony się mylą. Ale przecież ani organizatorom demonstracyj, zdobywającym sobie przychylność lewicowego elektoratu, ani ich przeciwnikom, zgarniającym głosy konserwatystów, o słuszność nie chodzi.
Vivat nostra civitas!
poniedziałek, 13 listopada 2006
Poznania nie oddaliśmy.
Na 37 miejsc w Radzie Miasta Platforma zdobyła 19. PiS ma 10 – niby drugi wynik, ale to przecież prawie dwa razy mniej. Ani Samoobrona, ani LPR nie uzyskały żadnych mandatów.
W wyborach prezydenckich partie rządzące również poniosły klęskę; Tomczakowi zabrakło do drugiej tury ponad dziesięciu punktów procentowych poparcia, a kandydat LPR zajął ostatnie, dziesiąte miejsce z zaledwie 771 głosami.
Nota bene z listy PO został radnym także pan Juliusz Kubel, który startował na Piątkowie z ostatniego miejsca. Wynika z tego, że system partyjny nie jest tak sztywny, jak mogłoby się wydawać.
Gdybyśmy mieli samorządność z prawdziwego znaczenia, takie wyniki pozwalałyby Platformie zgodnie z wolą Poznańczyków rządzić miastem. Problem w tym, że system polityczny Rzeczypospolitej Polskiej może to jeśli nawet nie uniemożliwić, to w dużym stopniu utrudnić. Nad władzą lokalną stoi bowiem namiestnik premiera – wojewoda. Choćby wszyscy Wielkopolanie byli przeciw PiS-owi, stanowisko to i tak obsadzać będzie Jarosław Kaczyński. A wojewoda może wiele – przede wszystkim ma spore możliwości blokowania działań samorządów.
Wiele mówi się o jednomandatowych okręgach wyborczych. Słuszny to postulat, ale należy dodać doń jeszcze jeden: wybieralność wojewodów. Zbyt ważny to urząd, by zostawiać go w gestii warszawskich polityków.
W każdym razie, cieszmy się. Po raz kolejny mieszkańcy Poznania udowodnili, że to porzundna, rozsundna wiara, nie.
Pax vobiscum
niedziela, 12 listopada 2006
Kolejny polski żołnierz zginął w Iraku. W takich chwilach zawsze uaktywniają się pacyfiści z powtarzanym od samego początku wojny hasłem wycofania.
Istnieją dwa podstawowe poglądy na dopuszczalne przyczyny wojen. Obecnie dominuje w świecie zachodnim spojrzenie amerykańskie (sic!), w imię którego stworzono ONZ i współczesne prawo międzynarodowe. Głosi, iż wszystkie spory między państwami muszą by rozstrzygane metodami pokojowymi, wojna natomiast dopuszczalna jest wyłącznie jako reakcja społeczności międzynarodowej na naruszenie zasad pokojowego współżycia.
Tradycyjny pogląd natomiast zakłada, że najwyższym celem państw jest dobro ich obywateli i dla jego osiągnięcia można podejmować działania szkodliwe dla innych państw, łącznie z wojną. W Europie brzmi to dziś jak herezja, za to Amerykanie powoli przekonują się, że to jedyne podejście pozwalające funkcjonować mocarstwu.
Jak łatwo zauważyć, te dwa podejścia są sprzeczne. Gdy jednak posłuchamy wypowiedzi pacyfistów okaże się, że posługują się nimi jednocześnie! Na antywojennych demonstracjach ta sama osoba potrafi uzasadniać konieczność wycofania zarówno na gruncie podejścia amerykańskiego (wojna jest zaborcza, a więc nielegalna), jak i tradycyjnego (udział w wojnie nie przynosi Polsce korzyści). Spójność wywodu najwyraźniej nie jest wśród przeciwników wojny w cenie.
Szkoda tylko, że podobnie ma się rzecz z etyką. Trudno wyobrazić sobie pomysł bardziej nieludzki, niż rejterada z kraju, który bez wojsk koalicji zamieni się w muzułmańską teokrację; niż wydanie ludności na pastwę fanatyków, przy których nasz LPR to ultraliberałowie.
Niewiele dobrego można powiedzieć o obecnym polskim rządzie, ale jego konsekwencja w utrzymaniu kontyngentu irackiego zasługuje na pochwałę. Zwłaszcza na tle tchórzostwa tak wielkiego, że ani logika, ani moralność nie są w stanie go powstrzymać.
Quem ad finem?
środa, 08 listopada 2006
Życie we współczesnej Polsce to niezwykła przygoda. Każdego niemal dnia to, co wcześniej wyśmiewane było w żartach jako szczyt absurdu, staje się polityczną rzeczywistością. Z początku wydaje się to zabawne, gdy jednak mija pierwsze zdziwienie, coraz częściej przychodzi nam zadawać sobie z niedowierzaniem i przerażeniem pytanie: w jakim kraju my żyjemy?
Ta sytuacja powtarza się ciągle; tak było, kiedy wiceminister edukacji nazywał teorię ewolucji kłamstwem czy gdy zaproponowano całkowity zakaz aborcji. Dziś znów dowiedzieliśmy się, że nasza dzielna władza zdobyła kolejny szczyt niemożliwości.
Kilkudziesięciu posłów PiS, LPR i RL-N pracuje nad ograniczeniem dostępności środków antykoncepcyjnych. Jak widać, Polska marzeń partyj rządzących to kraj powszechnego dzieciobójstwa, AIDS, chorób wenerycznych i trzynastolatek rzucających szkołę z powodu ciąży. Zaiste, świetlana wizja.
Dziwi mnie tylko, że wciąż wytrzymujemy rządy tych fanatyków.
Evangelium vitae
niedziela, 05 listopada 2006
Przewodniczący Konferencji Episkopatu Polski arcybiskup Józef Michalik opublikował list do Marka Jurka w sprawie zakazu aborcji, przez Kościół określanego eufemistycznie jako “ochrona życia poczętego”.
http://wiadomosci.gazeta.pl/wiadomosci/1,53621,3717177.html
Już ton tego tekstu zastanawia. Hierarcha po prostu poucza adresata – formalnie przecież drugą osobę w państwie! I to nie tylko w sprawach społecznych i etycznych, gdzie rzeczywiście ktoś mógłby uznawać jego autorytet. Arcybiskup tłumaczy marszałkowi sejmu, do czego służy konstytucja i co w niej powinno się znajdować.
Chodzi oczywiście o ową ochronę, o to, że “żadna władza publiczna nie ma prawa zezwalać na zabijanie niewinnego człowieka”. Wyjątków brak. Zdaniem Michalika zatem przerwanie ciąży zawsze jest niedopuszczalne; także wtedy, gdy jest ona efektem gwałtu, a nawet, gdy zagraża matce. Oto reductio ad absurdum ochrony życia: nikt nie może zezwalać na zabijanie zlepka paru komórek, choć ten stanie się przyczyną śmierci dojrzałego człowieka.
Co ciekawe, arcybiskup wcale nie stara się przedstawić tej przerażającej tezy jako stanowiska Kościoła. W całym liście w ogóle nie pojawiają się słowa “katolicyzm” czy “chrześcijaństwo”. Metropolita przemyski twierdzi bowiem, iż “sprawa ochrony życia od chwili poczęcia aż do naturalnej śmierci jest postulatem rozumu i poprawnego sumienia niezależnie od wyznawanej wiary”. Wypowiada się więc w imieniu całej ludzkości, z wyłączeniem zwolenników “beztroskiego nihilizmu moralnego” (jak określane jest np. prawo uratowania życia kobiecie poprzez aborcję).
Oczywiście nie mogło zabraknąć argumentu, że “Europa stoi dziś na krawędzi demograficznego samobójstwa”. No, ale to już można arcybiskupowi ostatecznie wybaczyć; mało kto rozumie, że za ujemnym przyrostem naturalnym stoją nie aborcja i homoseksualizm, a socjalistyczne państwa opiekuńcze.
Całości jednak wybaczyć nie sposób. Publiczne głoszenie tezy, że “ludzie, nawet mający władzę, powinni pamiętać, że ostatecznie należy ona do Pana Boga i że nie mamy prawa do Jego praw”, to jawne przeczenie Konstytucji, wedle której władza należy wyłącznie do narodu. Natomiast zmuszanie kobiet, ażeby rodziły dzieci gwałcicieli bądź umierały w imię “ochrony życia” to już czysta, nieludzka podłość.
W latach trzydziestych Tadeusz Żeleński (Boy) komentując analogiczne wystąpienia ówczesnych hierarchów, wówczas oprócz aborcji zwalczających śluby cywilne, napisał: ma się wrażenie, że to mówi przedstawiciel postronnego mocarstwa, rezydujący w naszym kraju, ale obcy, przemawiający tonem władcy.
Trzynaście miesięcy rządów PiS wystarczyło, by cofnąć debatę społeczną w Polsce o siedemdziesiąt lat.
Evangelium vitae
niedziela, 05 listopada 2006
Przewodniczący Konferencji Episkopatu Polski arcybiskup Józef Michalik opublikował list do Marka Jurka w sprawie zakazu aborcji, przez Kościół określanego eufemistycznie jako “ochrona życia poczętego”.
http://wiadomosci.gazeta.pl/wiadomosci/1,53621,3717177.html
Już ton tego tekstu zastanawia. Hierarcha po prostu poucza adresata – formalnie przecież drugą osobę w państwie! I to nie tylko w sprawach społecznych i etycznych, gdzie rzeczywiście ktoś mógłby uznawać jego autorytet. Arcybiskup tłumaczy marszałkowi sejmu, do czego służy konstytucja i co w niej powinno się znajdować.
Chodzi oczywiście o ową ochronę, o to, że “żadna władza publiczna nie ma prawa zezwalać na zabijanie niewinnego człowieka”. Wyjątków brak. Zdaniem Michalika zatem przerwanie ciąży zawsze jest niedopuszczalne; także wtedy, gdy jest ona efektem gwałtu, a nawet, gdy zagraża matce. Oto reductio ad absurdum ochrony życia: nikt nie może zezwalać na zabijanie zlepka paru komórek, choć ten stanie się przyczyną śmierci dojrzałego człowieka.
Co ciekawe, arcybiskup wcale nie stara się przedstawić tej przerażającej tezy jako stanowiska Kościoła. W całym liście w ogóle nie pojawiają się słowa “katolicyzm” czy “chrześcijaństwo”. Metropolita przemyski twierdzi bowiem, iż “sprawa ochrony życia od chwili poczęcia aż do naturalnej śmierci jest postulatem rozumu i poprawnego sumienia niezależnie od wyznawanej wiary”. Wypowiada się więc w imieniu całej ludzkości, z wyłączeniem zwolenników “beztroskiego nihilizmu moralnego” (jak określane jest np. prawo uratowania życia kobiecie poprzez aborcję).
Oczywiście nie mogło zabraknąć argumentu, że “Europa stoi dziś na krawędzi demograficznego samobójstwa”. No, ale to już można arcybiskupowi ostatecznie wybaczyć; mało kto rozumie, że za ujemnym przyrostem naturalnym stoją nie aborcja i homoseksualizm, a socjalistyczne państwa opiekuńcze.
Całości jednak wybaczyć nie sposób. Publiczne głoszenie tezy, że “ludzie, nawet mający władzę, powinni pamiętać, że ostatecznie należy ona do Pana Boga i że nie mamy prawa do Jego praw”, to jawne przeczenie Konstytucji, wedle której władza należy wyłącznie do narodu. Natomiast zmuszanie kobiet, ażeby rodziły dzieci gwałcicieli bądź umierały w imię “ochrony życia” to już czysta, nieludzka podłość.
W latach trzydziestych Tadeusz Żeleński (Boy) komentując analogiczne wystąpienia ówczesnych hierarchów, wówczas oprócz aborcji zwalczających śluby cywilne, napisał: ma się wrażenie, że to mówi przedstawiciel postronnego mocarstwa, rezydujący w naszym kraju, ale obcy, przemawiający tonem władcy.
Trzynaście miesięcy rządów PiS wystarczyło, by cofnąć debatę społeczną w Polsce o siedemdziesiąt lat.